A Free Template From Joomlashack

A Free Template From Joomlashack

KSIĄŻKI ON-LINE

 

Uwaga
- nowa książka na witrynie:

Jean-Baptiste Bouchaud

MIŁOŚĆ ZA MIŁOŚĆ

Życie zakonne św. Rafała Kalinowskiego

Zapraszam do lektury

 

Książka "Dogmat Świętych Obcowanie" do której tekst zebrał i opracował w 1980 roku mói Tata
ś.p. Bernard Paweł Jan Tuszyński

Herman Cohen - Augustyn-Maria od Najsw. Sakramentu

Życie ojca Hermana
- Augustyna-Marii
od Najśw. Sakramentu

Książka wydana przez Siostry Miłosierdzia z Łagiewnik 1898 r

"Źródłem, z którego wypłynęły potoki miłości, siłą, która sprowadziła wylew dotąd nieznanej radości - była wiara święta. Nie ma jej ani w judaizmie, ani w schizmie, lecz tylko w jednym prawdziwym Kościele Katolickimi, W tym Kościele jedynie każdy z obu  naszych nawróconych  źródło wody żywej dla duszy swojej, spragnionej prawdy, mogli znaleźć.
Oby  życiem O. Hermana Cohena  i siostry Natalii Naryszkin, zostający poza obrębem Kościoła zostali oświeceni , że tylko w Kościele św. katolickim - wiara żywot wieczny daje."

Fragment listu Św. Rafała Kalinowskiego do tłumaczki w Łagiewnikach,
11 września 1898 r.

TEKSTY

 

Ks. prof. Franciszek Cegiełka

Nasz święty Rafał Kalinowski

 

 

 

Cudowny obraz, który Św. Faustyna nazwała "Król Miłosierdzia", namalował według słów s. Faustyny Eugeniusz Kazimierowski

W kulcie Miłosierdzia Bożego obraz Króla Miłosierdzia odgrywa pierwszorzędną rolę. Dlatego s. Faustyna przywiązywała do jego poprawności wielką wagę. W obrazie tym odróżniała ona cechy istotne i polecała czuwać, by one były zachowane.

"W dniu 23.09.2005 roku Litwini podstępnie zabrali z polskiego kościoła św. Ducha w Wilnie obraz Jezu Ufam Tobie i to mimo tego że kardynał Baczkis (prymas Litwy) publicznie ogłosił że obraz nie będzie zabrany po kryjomu. Obraz został przeniesiony do pobliskiego kościoła św. Trójcy a w zasadzie kaplicy. Kościół ten przez scianę sąsiaduje z głośnym nocnym klubem Oryginal obrazu Jezu Ufam Tobie w czasach sowieckich zostal przechowany przez wileńskich Polaków i od 20 lat znajdował się w Kościele św. Ducha."

Żródło cytatu

 

Stronę ogląda

Życie Ojca Hermana - cz. 3

 

 

ROZDZIAŁ XII

Fundacja w Lyonie

Jedna z najpracowitszych fundacji, w której brał udział O. Augustyn, była w mieście Lyonie. Już od roku 1855 zaczęła być o niej mowa; głównie za inicjatywą Sióstr Miłosierdzia, które wystarały się o kaznodziei z Zakonu Karmelitów i ułatwiły im stosunki z dwoma hojnymi dobrodziejkami. W roku 1857 prowincjał O. Karmelitów Ojciec Dominik, przybywszy do Lyonu podczas Wielkiego Postu i dowiedziawszy się, że już uzbierano kilkadziesiąt tysięcy, bądź z darów owych dobrodziejek, bądź drogą składek, zaczął traktować z władzami wojskowymi o odkupienie dawnej posiadłości Karmelitów – fundacji z r. 1619 – zamienionej po rewolucji na koszary. Ugoda stanęła za cenę 145.000 franków, pod warunkiem jednak, że biskup-kardynał Lyonu J. E. ks. de Bonald, potwierdzi zamiar wprowadzenia Karmelitów bosych do swego miasta. Biskup był wówczas nieobecny; w Lipcu tegoż roku, gdy O. Augustyn w imieniu swego Zakonu prosił go o potrzebne zezwolenie, spotkał się z odmową. Czasy bowiem były ciężkie, rząd nieprzychylnie patrzał na zakony i wydał był właśnie rozkazy prefektom miast, aby nie przyjmować Zgromadzeń politycznie niepotwierdzonych. Rada biskupia dzieliła zdanie kardynała i zdawało się, iż pomimo rozpoczętych układów trzeba będzie odstąpić od projektu wprowadzenia się do Lyonu. Tymczasem drobna na pozór okoliczność wszystko ułatwiła. W dzień św. Wincentego a Paulo gazeta urzędowa umieściła wiadomość, iż Karmelici powracają do swej dawnej siedziby w Lyonie i wyraziła stąd życzliwe uczucia zadowolenia. Przeczytawszy to prezydent miasta, winszował kardynałowi, iż sprowadza tak zacnych i lubianych zakonników; co słysząc Jego Eminencja, cofnął swój zakaz i nie mając już powodu obawiać się opozycji rządu, napisał zaraz do. O. Augustyna, iż chętnie daje żądane upoważnienie na rok 1860.

Tymczasem O. Dominik zamianowany definitorem generalnym Zakonu, złożył urząd prowincjała w ręce O. Franciszka, na kapitule generalnej 1858 r. Następnej wiosny nowy prowincjał, zabrawszy ze sobą O. Augustyna, pojechał do Lyonu obejrzeć pokarmelitańskie budynki, z których już wojsko wyprowadzało się, przysyłając wezwanie do spłaty według warunków kontraktu. Zastali gmach cały wraz z kościołem w stanie prawdziwie opłakanym, brud, ruina, nieporządek nie dający się wyrazić. Przystęp do kościoła utrudniony ulicą górzystą, źle brukowaną; okolice klasztoru zamieszkane przez ludność najgorszego rodzaju. Próbowano odsprzedać posiadłość, ale na próżno. Nie było rady, w Sierpniu 1859 r. podpisano ostatecznie ugodę i. zapłacono pierwszą ratę, a prowincjał odjeżdżając, powierzył Ojcu Augustynowi ciężkie zadanie oczyszczenia ogromnego gmachu i przyprowadzenie do możliwego stanu zamieszkania. Zaledwie dostał klucze od koszar, Ojciec Augustyn wziął się do dzieła. Żaden opis nie może dać pojęcia o tym, co się wewnątrz tych murów działo. Z kościoła wojska powynosiły, cokolwiek się wynieść dało, a resztę oszpeciły i zniszczyły prawdziwie po wandalsku. Ściany klasztoru pokryte były obrzydliwymi napisami i wierszami. Po podwórzach ogromne doły napełnione nieczystościami, od 30-tu lat gromadzącymi się bez przeszkody. Połowa dachów zniszczona, prawie wszędzie okna wybite i deszcz, wiatr, zawierucha gospodarowały swobodnie po pokojach.

O. Augustyn wziął się najprzód do kościoła, pragnął jak najprędzej oddać Panu nad Pany zbezczeszczoną świątynię Jego, mało go obchodziło, gdzie on i przysłani mu zakonnicy umieszczą się, byle Jezus zamieszkał jak najprędzej w ołtarzu i odbierał tam hołdy sobie należne. I rzeczywiście, usiłowania gorliwego naszego Ojca zostały uwieńczone nader prędkim skutkiem, gdyż we trzy tygodnie po wzięciu gmachu pokarmelickiego w posiadanie kościół już był oczyszczony i na tyle odnowiony, iż można było przystąpić do poświęcenia go i wprowadzenia Najśw. Sakramentu. Uroczystość ta odbyła się 8 Września 1859 r. i wszyscy zauważyli, z jaką radością po poświęceniu kościoła O. Augustyn sam zapalił lampkę, mającą odtąd dzień i noc płonąć przed Bogiem utajonym, jedynym przedmiotem jego miłości.

Zakonnicy umieścili się jak bądź w odległej i trochę lepiej zachowanej części klasztoru i przez jakiś czas utrzymywali się tylko z jałmużny. Jak to często bywa, najubożsi najchętniej przybywali z pomocą i najłatwiej odgadywali potrzeby sług bożych. Zaraz pierwszego dnia osiedlenia się Karmelitów przełożona Sióstr św. Józefa przyniosła osobiście wraz z jedną siostrą w chwili, gdy biła godzina obiadowa, przysposobione porcje zakonników, którzy zasiedli do stołu, błogosławiąc Bogu dającemu miłosierne natchnienie osobom zupełnie im nieznanym. Nie tylko zaś te poczciwe Siostry myślały odtąd o materialnych potrzebach Karmelitów, ale zaopatrzyły ołtarze Matki Boskiej Szkaplerznej i św. Józefa we wszystkie ozdoby i sprzęty konieczne do nabożeństwa, a czego dać nie mogły, tego chętnie pożyczały. Zarówno i Karmelitanki Lyońskie i wiele dusz pobożnych a skromnych przychodziły z pomocą powstającej fundacji; z rozrzewnieniem O. Augustyn wymienia tych ukrytych dobrodziejów w domowej kronice Zakonu, dodając, że Aniołowie Pańscy niewątpliwie zapisali w księdze żywota ich imiona i miłosierne uczynki.

Obok fabryki i modlitwy w chórze dwaj Ojcowie poświęcali wiele czasu pracy apostolskiej. Wierni tak garnęli się do konfesjonałów w nowym kościele, iż musiano pisać do O. prowincjała o przysłanie kilku zakonników więcej.

Dzień św. Teresy, 15 października, postanowił O. Augustyn obchodzić jak najuroczyściej; do uczestnictwa w nabożeństwie zaprosił wszystkie Zakony męskie z miasta, i tak, sumę śpiewał superior jezuitów, asystowali mu jako diakon dominikanin, a jako subdiakon kapucyn; kazania również były podzielone, a w refektarzu zakonnicy pięciu odmiennych reguł zasiedli przy jednym stole. Ten zwyczaj przechował się aż do dziś dnia w domu Karmelitów w Lyonie: uroczystość św. Teresy ścieśnią rokrocznie węzły braterskiej miłości między sługami bożymi.

Dzień św. Jana od Krzyża – 24 listopada – był także obchodzony z okazałością, a kardynał de Bonald przyszedł tego dnia po raz pierwszy celebrować w nowo odzyskanym kościele.

Nadeszła zima. W źle zaopatrzonym domu wśród fabryki, w niewygodzie i w zimnych murach zdrowie zakonników – było już ich sześciu czy siedmiu – tak ucierpiało, iż wszyscy niemal jednocześnie musieli się położyć. O. Augustyn, który najmniej się oszczędzał, najciężej też prace i umartwienia przepłacił, ale ta próba nie zniechęcała go, owszem cieszyła i widział w niej zadatek powodzenia w pracy ku chwale bożej. „Aby ziarno wydało plon – mawiał – trzeba, iżby zginęło niemal pod śniegiem zimowym, głęboko w ziemi pogrzebane. I my teraz powaleni chorobą, udręczeni trudnościami, przebywamy czas próby i upokorzenia; stąd nadzieja, że Pan żniwa zechce się nami posłużyć jak dobrem ziarnem i małe żniwo tu sobie gotuje!"

Bóg zresztą nie pozbawiał sług swoich pociechy, a w pracy dla dusz znajdowali Ojcowie obfite wynagrodzenie za trudy i niewygody osobiste. O. Augustyn, który z tytułem „wikarego" spełniał zadanie przeora gromadki zakonnej, zaprowadził był zaraz na wstępie tercjarstwo karmelitańskie, do którego coraz więcej członków się zgłaszało; zgromadzał ich w naznaczone dni regularnie i zachęcał słowem i wymownym przykładem do życia pobożnego.

Widzieliśmy w ciągu tego opowiadania, jaką miłością pałało serce O. Augustyna ku Boskiej Tajemnicy Ołtarza. Wszystko co czynił, aby Panu za ten dar niepojęty okazać swą wdzięczność, zaprowadzenie nocnych Adoracji, kazania, osobiste modlitwy i ofiary, wszystko wydawało mu się niczym i marzył o czymś więcej. Jak wszystkie dusze szlachetne czuł potrzebę dziękowania nieustannego Bogu i za Eucharystię, i za mnóstwo innych łask zlewanych na świat. Bo rzeczywiście, mało dziękczynień wznosi się z ziemi do nieba! wiele dusz ucieka się do Dawcy dóbr wszelkich w potrzebach swoich, a mało odebrawszy to, o co prosiły, i odbierając ciągle mnóstwo dobrodziejstw, o które nie proszą, mało wdzięcznym sercem zwraca się do Boga, podobne w tym do trędowatych w ewangelii, z których na dziesięciu uzdrowionych jeden tylko przyszedł złożyć dzięki Temu, co go uzdrowił. Gorące serce O. Augustyna bolało nad tym brakiem wdzięczności względem Boga, zapragnął więc założyć bractwo, którego jedynym celem byłoby dziękczynienie, dziękczynienie za wszystkie dobrodziejstwa, które obfitym strumieniem Bóg zlewa na świat, ale przede wszystkim za dar nad dary za „Słowo, które się stało Ciałem" i które „mieszka między nami"; dziękczynienie za siebie, ale i za tych, którzy nigdy nie dziękują; - dziękczynienie ciągłe, nieustające, jako nieustające są dary i łaski boże, tak doczesne jak i duchowne, którymi Stwórca obdarza swe stworzenia.

Projektem swym podzielił się O. Augustyn z ks. Vianney, świętym proboszczem z Ars, i spotkał się z gorącem uznaniem tak pięknej myśli. Wobec licznego grona słuchaczy wspomniał o niej i z kazalnicy w kościele św. Klotyldy w Paryżu. Wreszcie z początkiem 1859 r. pojechał do Rzymu przedstawić ten projekt Ojcu św. i prosić o odpusty dla przyszłego bractwa.

Pius IX. serdecznie pobłogosławił zamiarom pobożnego Karmelity, ale gdy spojrzał na długi spis odpustów, o które O. Augustyn prosił, zawołał z uśmiechem:

„Ależ Ojcze! żądasz ode mnie połowy nieba!"

„Ojcze Święty, masz od niego klucze!"

„Tak, ale aby je zamykać niekiedy!" – ze smutkiem odrzekł papież, potwierdzając jednak żądane odpusty.

15 grudnia 1859 r. kardynał de Bonald zaprowadzał kanonicznie bractwo dziękczynienia w kościele Karmelitów w Lyonie. 10 Lutego 1860 r. Pius IX. podpisywał breve potwierdzające bractwo, wzbogacając je licznymi odpustami i dozwalając przewodniczącemu zakładanie bractw dziękczynienia po całej Francji; ten przywilej podnosił to Stowarzyszenie do Arcybractwa.

Członkowie nie mają innego obowiązku jak odmawianie codziennie Trzech Ojcze nasz, Zdrowaś Maryja i Chwała Ojcu, dziękczynne za łaski odebrane. W drugie czwartki każdego miesiąca O. Augustyn zgromadzał członków, odprawiał dla nich Mszę świętą z Wystawieniem, miał przemowę i błogosławieństwo Najśw. Sakramentem.

Kilka miast prosiło niebawem o agregację do bractwa dziękczynienia; Bóg widocznie błogosławił je, gdyż w krótkim czasie 20.000 osób doń należało.

Tymczasem fundacja w Lyonie pięknie się rozwijała. Pomimo trudnego przystępu do kościoła, wierni coraz liczniej się w nim zbierali, a we Święta Bożego Narodzenia, na pasterce, świątynia była przepełnioną. Opisując w kronice domowej te trudne początki fundacji lyońskiej, Ojciec Augustyn kończy tymi słowy: „Nie trzeba pominąć udziału, jaki proboszcz z Ars miał przy założeniu domu naszego w Lyonie. Zanim został otwartym, przepowiedział, iż wiele tu będzie zrobione dla chwały bożej; zachęcał, oświecał tego, któremu powierzono pierwsze kroki fundacji, przysyłał często do naszych konfesjonałów swych penitentów; często prywatnie i publicznie mówił z uznaniem o naszym Zakonie i mamy wielką ufność, iż w niebie nami się opiekuje i wyprasza nowe błogosławieństwa u Jezusa, Maryi, Józefa i Teresy. Amen".

Nie wiemy dokładnie, kiedy O. Augustyn był w Ars, ale jest niezawodnym, iż kilka razy odprawiał tę pobożną pielgrzymkę. Można jednak łatwo sobie wystawić, z jakiem uczuciem te dwie piękne dusze się spotykały! „Nigdy nie zapomnę – pisze naoczny świadek – jakie to były pomiędzy nimi ubiegania się o większą pokorę, miłość, jakie pobożne uniesienia, jaka łączność nadnaturalna pomimo charakterów tak odmiennych". Gdy po raz pierwszy zjawił się O. Augustyn w Ars, proboszcz chciał, aby na jego miejscu miał niedzielne kazanie, oczywiście, że gość nie chciał przyjąć zaproszenia, ale na usilne nalegania obiecał po kazaniu świętego proboszcza przemówić słów parę. Ks. Vianney zapowiedział to parafianom w ten sposób: "Był pewnego razu święty, który miał wielkie pragnienie usłyszeć, jak śpiewała Matka Boska. Pan Bóg, który chętnie zgadza się na prośby swych sług, udzielił mu tej łaski. Stanęła przed nim piękna pani i zaczęła śpiewać. Święty upojony cudownymi dźwiękami, zawołał: „Dosyć, Pani święta, bo umrę, jak dłużej śpiewać będziesz." Na to usłyszał słowa: „Nie spiesz się tak z podziwianiem, bo coś dotąd usłyszał, niczym jest. Ja jestem dziewicą Katarzyną, a teraz dopiero usłyszysz Najśw. Pannę". – I rzeczywiście Matka Boska zaśpiewała, a śpiew jej był tak piękny tak cudny, że święty uniesiony niebiańską rozkoszą, słodko zasnął na wieki. Otóż moje dzieci, to samo dziś tu będzie; słyszeliście św. Katarzynę, teraz usłyszycie Matkę Boską".

W Maju 1860, na kapitule prowincjalnej, O. Augustyn został zamianowanym przeorem domu lyońskiego, do którego też został przydzielony nowicjat. Ale tyle trudów i pracy wyczerpało zasób sił nowego przeora i wysłanym został przez lekarzy na kurację do Divonne. Nie długo jednak trwał wypoczynek; już święto Bożego Ciała obchodzi O. Augustyn w Lyonie i urządza wspaniałą procesję, do której położenie kościoła nieco na podwyższeniu i z terassą wokoło wybornie się nadaje. 16 Lipca zaprowadza w swym kościele bractwo Szkaplerza świętego.

W ciągu dwudziestoletniej pracy apostolskiej Ojca Augustyna P. Bóg przysyłał mu wiele dusz zbłąkanych, które nie mogąc oprzeć się gorliwości konwertyty, za głosem jego wracały licznie do prawdziwej owczarni. Na czas pobytu w Lyonie przypada znaczną liczba takich nawróceń; wspomnimy tu o kilku znaczniejszych:

P. Baumann był w owym czasie sławnym artystą na skrzypcach i prowadził ten rodzaj życia, co Herman przed nawróceniem, Gdy ciężko zachorował, osoby otaczające go pragnęły, aby się pojednał z Bogiem, i prosiły usilnie, aby zechciał księdza widzieć. Wszystkie jednak namowy były bezskuteczne. Wreszcie, aby się pozbyć natrętów, chory zawołał: „Jeśli już koniecznie chcecie, abym księdza widział, sprowadźcie mi O. Hermana, będziemy mówić o muzyce". W parę godzin potem O. Augustyn był przy łożu chorego, a wesołością, miłą rozmową i tym dziwnym wpływem, jaki wywierał, tak umiał ująć sobie artystę, iż go w końcu do spowiedzi nakłonił. Baumann wyznał swe winy przed kapłanem z oznakami głębokiego żalu, przyjął Komunię św., a kardynał de Bonald przybył na prośbę O. Augustyna udzielić mu Sakramentu bierzmowania. Chcąc choć w części naprawić dawne zgorszenia, chory artysta zaprosił na tę ceremonię swych przyjaciół i towarzyszy lekkiego życia, aby przykład chrześcijańskiej śmierci i ich do nawrócenia się doprowadził. Umarł w kilka dni potem, a konając, mówił do O. Augustyna z uśmiechem: „Jak pięknie będziemy w niebie śpiewać Te Deum!"

Inny artysta, bardzo znany ze znakomitego talentu i gorszącego życia, mieszkał wówczas w Lyonie, i słysząc nieraz o Hermanie pianiście i konwertycie, rzekł raz do pewnej pani: „Jakżebym chciał poznać tego dziwnego człowieka! nie pojmuję, jak można mieć odwagę porzucić upajające rozkosze życia artysty!"

Pobożna osoba, do której te słowa były zwrócone, zachęciła Jerzego Hainl, aby odwiedził Ojca Augustyna, dodając, że niezawodnie będzie dobrze przyjętym. Zaledwie artysta dał obietnicę, iż pójdzie za tą radą, jął słów swoich żałować, ale że O. Augustyna przestrzeżono, nie mógł się cofnąć. Dowiedział się przypadkiem, że przeor Karmelitów co środę chodził spowiadać po południu pewne zakonnice, obiera więc tę chwilę, aby kartę złożyć. Dzwoni do furty klasztornej, a wpuszczony na podwórze, spotyka jakiegoś zakonnika: „Czy jest O. Herman w domu?" – pyta, wyciągając kartę. Zakonnik zatapia w niego badawcze spojrzenie: „O. Herman to ja jestem, a pan, to Jerzy Hainl?"

Bóg dopuścił, że coś przeszkodziło tego dnia Ojcu Augustynowi do wyjazdu i. artysta chcąc nie chcąc musiał iść na rozmowę z tym zakonnikiem, który w nim wzbudzał tyle podziwu, ile trwogi... Rozmowa trwała długo, kilka godzin. W parę dni potem widziano artystę Hainl'a przystępującego z budującym nabożeństwem do Komunii św.; wkrótce zaś potem wchodził w związki małżeńskie z panienką zacną i pobożną, która miała być Aniołem Stróżem nowego życia, jakie odtąd prowadził.

Inne jeszcze nawrócenie wielkie w Lyonie zrobiło wrażenie. Pani A. była osobą najpospolitszego rozumu, ale straciwszy wiarę, bawiła się filozofią i przy każdej sposobności głosiła wolnomyślne przekonania. Pod pozorną swobodą i wesołością krył się jednak w jej sercu niepokój i szukanie wyjścia z bolesnych walk wewnętrznych. Zapragnęła widzieć Ojca Lacordaire'a, ale z rozmowy z sławnym kaznodzieją wyszła tak mało przekonaną, jak przedtem. Z ciekawości poszła na kazanie O. Hermana. Mówił p ukochanym swym przedmiocie, o Eucharystii, i Bóg dozwolił, że słowa jego przeszyły grotem serce filozofki; zapłakała nad swymi błędami, uklękła przy konfesjonale i została najgorliwszą z penitentek O. Augustyna.

Niepodobna opowiedzieć wszystkie zdobycze żarliwego apostoła, często mniej świetne w oczach świata, ale równie miłe w oczach Boga. To uboga panienka Niemka, którą do kościoła katolickiego wprowadza; to zatwardziały grzesznik w szpitalu, którego z Bogiem jedna; to skazani na śmierć, których spowiada i do szkaplerza przyjmuje; to znów dziewczyna głuchoniema protestantka, którą z największym trudem i cierpliwością nawraca. Baz wołają go do umierającej kobiety, zestarzałej w grzechu i odpędzającej księży. Na widok O. Augustyna woła:

„Ja nie chcę się spowiadać!"

„Ale któż pani mówi o spowiedzi! – odpowiada Ojciec, siada przy łóżku i po pół godzinie odchodzi mówiąc:

"Za parę dni przyniosę pani Pana Jezusa". I rzeczywiście grzesznica umarła w uczuciach skruchy, posilona Chlebem żywota.

O. Augustyn był niezmiernie kochany przez ludność miasta Lyonu; gdy szedł ulicą, co krok prawie zatrzymywano go i często ludzie prości padali na kolana prosząc go o błogosławieństwo. Dla pokory zakonnika było to prawdziwą męczarnią, a nie mogąc się obronić, postanowił prawie nigdy piechotą nie wychodzić. Z tego powodu zdarzyła się razu pewnego okoliczność, która najlepiej pokazuje, jak O. Augustyn był popularnym: Mając kilka koniecznych interesów załatwić, wziął na kilka godzin dorożkę i objechał znaczną część miasta. Powróciwszy do klasztoru, chce płacić dorożkarza, a ten woła: „Jeszcze by mi Ojciec płacił za zaszczyt, jaki mi zrobił, jeżdżąc moim powozem? nie, nigdy! niech mi Ojciec da błogosławieństwo, a dość będzie zapłaty!" – I trzeba było ustąpić; poczciwy człowiek nic przyjąć nie chciał oprócz błogosławieństwa ukochanego Ojca.

W czasie wielkiego postu 1862 r. takie mnóstwo osób chodziło na kazania pasyjne O. Augustyna, iż magistrat miejski widział się zmuszonym uprzystępnić kościół karmelicki, budując szeroką ulicę i lepsze schody prowadzące na wzgórze. To był początek upiększenia tej części miasta.

Powodzenie u ludzi i hołdy nie są pociągające dla dusz świętych i pokornych. O. Augustyn zląkł się swej popularności i bojąc się, aby własna dusza na tym szkody nie poniosła, napisał do O. Generała z prośbą o odwołanie go z Lyonu. Prosił o misje zagraniczne w Indiach, ale przełożeni użyli go na innym polu, na pięknej a od kilku wieków odłogiem leżącej niwie.

 

ROZDZIAŁ XIII

Fundacja w Londynie

Rok 1862 liczy się do najchwalebniejszych w pamiętnym panowaniu Piusa IX. ogołocony już z większej części swego państwa, otoczony nieprzyjaciółmi, którzy podkopywali jego rządy świeckie wszelkimi środkami, jakie natchnąć może nienawiść, dał przecież światu całemu wspaniały dowód wiary w przyszłość Kościoła świętego na ziemi.

Będąc panem swoich posiadłości, Ojciec św. zwykle zwoływał biskupów włoskich na uroczystości kanonizacyjne. Ale gdy Piemont rozpanoszywszy się na tej ziemi od tylu wieków podległej papieżom, zakazał biskupom zjeżdżać na wezwanie Ojca św., Pius IX natchniony wielką myślą, postanowił zaprosić już nie tylko włoskich, ale biskupów całego świata na kanonizację męczenników japońskich, mającą się odbyć w sam dzień Zielonych Świątek 8 Czerwca 1862 r. Wiadomo, jak cały świat katolicki odpowiedział temu wezwaniu; z najodleglejszych krain zbiegli się biskupi, kapłani i wierni i urządzili wspaniałą manifestację na cześć papiestwa i uciśnionego Kościoła, dając niezbity dowód żywotności i jedności na tej łodzi Piotrowej, która pomimo burz i prześladowań płynie spokojnie naprzód.

O. Augustyn miał tę wielką pociechę, iż brał udział w tych uroczystościach i patrzał na radosny tryumf Piusa IX. Przez chwilę zdawało mu się, iż nie będzie mógł do Rzymu pojechać, gdyż właśnie ciężko zasłabła ks. de Rauzan, której był obiecał nie odstąpić w ostatnich chwilach życia; zdrowie chorej jednak o tyle się polepszyło, iż mógł spokojnie odjechać.

Na wstępie niemal do wiecznego miasta O. Augustyn spotkał dawnego mistrza swego, Liszta. Po tylu i tak szczęśliwych zmianach w życiu Hermana już nie było mowy o dawnych waśniach i sporach, które tak głęboką były wykopały przepaść między nauczycielem a uczniem. Teraz role były zmienione; uczeń stał się mistrzem, ale mówił o innej muzyce, otwierał świat pełen innej harmonii. W kilka dni po długiej i serdecznej rozmowie w kościele della Vittoria, Liszt przyjmował Komunię św. z rąk O. Augustyna, a po nabożeństwie w refektarzu zakonnym brał udział w skromnym posiłku Karmelitów.

Ale sprowadzając sługę swego do Rzymu, Bóg miał jeszcze wyższy cel, w którym chwalebne zadanie miało być połączone z wielką ofiarą. W stolicy chrześcijaństwa spotkał O. Augustyn kardynała Wisemanna. Wszyscy znają wielką rolę, jaką odegrał ten książę Kościoła w odnowieniu religijnym Anglii w drugiej połowie naszego wieku. Pod tchnieniem tej gorącej duszy oziębłość, martwota duchowna zaczęła topnieć i wiele, bardzo wiele dusz żyjących w błędach anglikanizmu poczęły zwracać się do kościoła katolickiego. Pod stopami gorliwego konwertyty wyrastać zaczęły jak kwiaty na bujnej niwie pobożne stowarzyszenia, zbożne dzieła, klasztory i przytułki bezpieczne dla młodzieży. Przy pierwszym spotkaniu z O. Augustynem kardynał Wisemann poznał w nim duszę pokrewną, ożywioną tym samym apostolskim zapałem i zapragnął mieć go na swej ziemi ojczystej, jako dzielnego współpracownika. Udał się więc do Jenerała Karmelitów z prośbą, aby O. Augustynowi powierzył misję założenia domu w Londynie. Jenerał uważając, że pobyt tego zakonnika tak użytecznego potrzebny jest do podtrzymania fundacji świeżych jeszcze we Francji, czuł się w obowiązku odmowną dać odpowiedź. Ale kardynał nie był łatwy do zniechęcenia; czego nie mógł otrzymać od Jenerała, postanowił wyprosić u Ojca św.; i rzeczywiście sam Pius IX stał się pośrednikiem w tej sprawie i przynaglił Karmelitów do odstąpienia O. Augustyna ziemi angielskiej. Jenerał na prośbę Papieża nie mógł się dłużej opierać i wyjazd naszego Ojca został postanowiony.

Gdy przyszedł do stóp najwyższego pasterza prosić o błogosławieństwo, Pius IX te doń wyrzekł słowa: „Błogosławię ci, mój synu i posyłam cię nawracać Anglię tak, jak jeden z moich poprzedników posłał mnicha Augustyna, pierwszego apostoła tego kraju".

Ta misja choć zaszczytna, nie była bez trudności i nie bez żalu. O. Augustyn rozłączał się z braćmi swymi zakonnymi, z domami, które własną pracą wzniósł lub urządził, z duszami, które do Boga prowadził, Przed ofiarą się nie wahał, ale ze ściśniętym sercem rozstawał się z przybraną ojczyzną i, gdy na kilka dni przed wyjazdem miał w Bagnères kazanie o poświęceniu i zaparciu się, w głosie, w każdym słowie jego drgała nuta bolesna, tajony ból serca...

Wyjechał z Paryża 5 Sierpnia. Puszczał się w drogę prawdziwie po apostolsku, bez podwójnej odzieży, bez pieniędzy, bez zapasów; do tego stopnia, że, nie mając czym drogi do Londynu zapłacić, musiał w Paryżu kwestować między znajomymi i z kwotą 160 franków pojechał zakładać klasztor.

W swojej młodości Herman znał Londyn, znał to towarzystwo w Londynie, które się bawi, które proteguje artystów, które szafuje pieniędzmi; czytelnik pamięta czasy, gdy między salonami a salą koncertową młody pianista spędzał po kilka miesięcy w stolicy Albionu. Ale teraz w innym charakterze przyjeżdżał; w nieznanym, ba! wzgardzonym mniszym odzieniu, ubogi, niemal natrętny, bo w roli kwestarza. Ubóstwo jednak nie ciężyło temu, co wybrał szaleństwo krzyża; ale ciężyły mu bardzo ówczesne stosunki religijne w Anglii. Oto co o tym pisze do bratowej: „Nie mogę zaprzeczyć, że wyjazd z Francji, gdzie jako ksiądz i zakonnik tyle doświadczałem pociechy, był dla mnie bolesną ofiarą. Tutaj nie mogę nawet wyjść na ulicę inaczej, jak w surducie i sztywnym kołnierzu. Ten kołnierz więzi mi szyję, głowę, myśli, serce; już żyję tylko w połowie. Ale niema rady! zresztą, kiedy życie klasztorne jest życiem ofiary, warto je ponieść, aby przyjść w pomoc mnóstwu katolików ze wszystkich krajów, rozsypanych po tym wielkim Londynie prawie bez pomocy religijnej".[22] Zdaje się często ludziom powierzchownie na rzeczy patrzącym, iż Święci nic nie cierpią i że obojętnie przyjmują wszelkie przeciwności życia. W tym jest wielka pomyłka; O. Augustyn cierpiał i cierpią Święci; serca ich nie wyschłe i nie zlodowaciałe tylko umieją lepiej od nas opanować zbyt żywe poruszenie natury, robią sobie z cierpienia zasługę i nie łatwo wydają się z tajemnicą zbolałego serca.

O. Augustyn zamieszkał tymczasowa u zakonnic Wniebowzięcia. Tam powoli wyrabiał sobie stosunki i zbierał jałmużny. Z czasem zaczęto sobie przypominać dawnego Hermana; poczęto Ojca odwiedzać i wkrótce zaczął kazać.

W dzień św. Teresy, 15 Października, w małym domku wynajętym od Sióstr Wniebowzięcia, Karmelici osiedlili się stanowczo już w Londynie. W pokoju zamienionym na skromną kaplicę, O. Augustyn otoczony kilku Ojcami i braćmi przybyłymi z Francji odśpiewał sumę; wieczorem zaś kardynał Wisemann przyszedł z błogosławieństwem i słowem zachęty dla szczupłego gronka zakonników z tej rodziny Karmelu, która niegdyś tak świetnie w Anglii się rozwijała i tyle sprawie bożej się przysłużyła.

Pamiętając, iż to na tej właśnie ziemi, niedaleko Londynu, Matka Boska ukazała się św. Szymonowi Stock, dając mu szkaplerz dla wiernych swych dzieci pod opiekę tego Świętego oddał nową fundację.

Jak zwykle wszystkie trudy, najcięższą pracę brał przełożony na siebie. On sam tylko umiał po angielsku, co chwila więc go potrzebowano nawet przy najzwyklejszych sprawunkach. Ale w rękach O. Augustyna czas się pomnażał, już na Styczeń 1863 r. ogłosił rekolekcje, które sam jeden dawał, pisząc wszystkie kazania i ucząc się ich przed wypowiedzeniem, gdyż obawiał się improwizacji w obcym i trudnym języku.

To nie wystarczało jednak jego gorliwości. Zaledwie osiedlony w Londynie, odkrył w bliskości wioskę Brighton, zamieszkaną przez samych Niemców protestantów, żyjących w odosobnieniu i zachowujących mowę i zwyczaje ojczyste. O. Augustyn był Niemcem, stąd pretekst, aby tych biedaków odwiedzać i serca ich sobie zjednać. Wizyty najprzód obojętne, zamieniły się na wycieczki misyjne. O. Augustyn ogłosił, że przybędzie z kazaniem, a ciekawość i powab ojczystego języka sprowadziły liczne audytorium. Praca nie była daremna; przy końcu wielkiego postu wielu z tych biedaków powracało do owczarni Chrystusowej; wdzięczność ich i miłość dla tego, który im drogę prawdy wskazał, była tak wielka, iż oddali się zupełnie pod jego kierownictwo i O. Augustyn mógł jak dziećmi, nimi kierować. Ciesząc się tern powodzeniem, lubił nazywać żartem Brighton „swoją diecezyjką.

O innych pracach jego da nieco pojęcia urywek z listu następującego: „Byłem, jak wiecie, przez kilka dni w Paryżu; P. Jezus pobłogosławił to, po co mnie tam wezwał. Tutaj układanie kazań po angielsku zabiera mi dużo czasu; zalegam z mnóstwem listów do odpisania. We wszystkie niedziele postne kazać będę w Brighton. 18 i 19 Marca będę w Paryżu, ale wrócę tu zaraz potem. Przeszłej niedzieli mieliśmy tłumne zebranie w naszej kapliczce; dawałem habit nowicjuszowi i przemawiałem w tym trudnym angielskim języku. Żegnam aż do Wielkiej nocy! życzę dobrego postu i zamiłowania ciszy i samotności, ażeby Jezus do serca przemawiał!"

Kardynał Wisemann polecił O. Augustynowi opiekę nad wszystkimi praktykami religijnymi, odnoszącymi się do czci Przenajśw. Sakramentu. Ten nadmiar pracy nie ciężył miłośnikowi Boskiej Tajemnicy Ołtarza. Zaczął od pierwszych Komunii dzieci; dotąd odbywały się pojedynczo. Nasz Ojciec zebrał dziewczynki u Sióstr Wniebowzięcia, chłopczyków w swej kaplicy i rozpoczął wykład katechizmu według zwyczaju francuskiego; dzień Komunii poprzedziły krótkie rekolekcje, w czasie których kardynał przychodził przemawiać do dzieci i błogosławić je. Rzewne uroczystości tych wspólnych Komunii św. sprawiały tak silne wrażenie, że wiele protestantów im zawdzięcza swe nawrócenie.

Nie dosyć jednak na tym. Mając O. Augustyna pod ręką, kardynał Wisemann chciał w zupełności wyzyskać jego zdolność i gorliwość. Zamianował go egzaminatorem duchowieństwa diecezji i powierzył rekolekcje dla księży. Pod takim brzemieniem pracy, upadł wkrótce słaby organizm młodego przeora; w ciągu lata zachorował, ale zaledwie do sił powracać zaczął, jedzie do Paryża dawać rekolekcje członkom Adoracji nocnej. Na zakończenie daje swoją ręką rekolektantom Komunię św. 700 mężczyzn przystępuje do Stołu Pańskiego, wieczorem zaś bierze udział w procesji ze świecami w ręku, co taką pociechą i zbudowaniem napełnia serca obecnych, zwłaszcza nuncjusza papieskiego Msgr. Chigi, iż nieprzygotowany przemawia do wiernych, by dać wyraz swej radości. Cóż dopiero powiedzieć o szczęściu O. Augustyna! „Już słońce nasze – wołał – Boska Eucharystia nie zachodzi nad Paryżem; od zmroku do rana i od rana do zmroku nieustannie duszom przyświeca!"

„Wróciłem z Paryża – pisze nieco później – z sercem przepełnionym najsłodszą pociechą! Ale P. Jezus kazał mi za to zapłacić: wróciłem chory i przez dwa tygodnie musiałem leżeć. Jednak ani jednej Mszy św. nie opuściłem".

Wkrótce i w Londynie udało mi się ustanowić nocną adorację; z radością donosi o tym przyjacielowi. „Szczęśliwą wieść ślę ci dzisiaj! oto spędziliśmy pierwszą noc w Londynie na wspólnej adoracji Najśw. Sakramentu... Była to noc poprzedzająca święto Przemienienia Pańskiego i tysiąc razy powtarzaliśmy z głębi serca: Dobrze nam tu być... noc uleciała jak jedna chwilka! Dziękujcie Panu, że pobłogosławił ten drobny początek!"

Zważywszy, czym są wszystkie wielkie miasta, a zwłaszcza Londyn ze swymi trzema milionami mieszkańców ze swą demoralizacją, zbytkiem, rozpustą, zważywszy, ile tam codziennie Bóg obrażany, nie dziw, iż świętobliwy kapłan, którego życie opisujemy, cieszył się tą czystą radością dusz miłujących, iż nieznanemu, wzgardzonemu, zasmuconemu Panu swojemu przysporzył sług wiernych i otoczył go wśród nocy, gdy nikt o Nim nie myśli, kilkoma sercami pragnącymi przepraszać i zadośćuczynić.

To stowarzyszenie trwa dotąd i rozwija się, ale powoli. Jeśli gdzie, to w Anglii trudnym jest do przeprowadzenia wszystko, co się sprzeciwia wygodzie (comfort) i wszystko, co równa między sobą tak silnie rozgraniczone klasy społeczeństwa. Gdy na skromnych polowych łóżkach mają spocząć przez kilka godzin przed lub po adoracji, wielki pan i prosty rzemieślnik, jednego i drugiego zarówno to kosztuje. Ale miłość Chrystusowa wiele rzeczy ułatwia!

Po roku pobytu w Londynie okazała się potrzeba sprowadzenia więcej zakonników dla obsługi kościółka już bardzo uczęszczanego. Dotychczasowe mieszkanie było za małe, trzeba było myśleć o przesiedleniu się, ale gdzie i jak? opodal był wprawdzie śliczny dom z ogrodem, na który Karmelici patrzyli pożądliwym okiem, ale był on własnością zaciętego anglikanina, już 80-cio letniego starca, którego nienawiść do katolicyzmu była tak dobrze znaną, iż nikt nawet nie przypuszczał, iżby z propozycją wynajęcia czy kupna domu dla mnichów katolickiego wyznania można doń wystąpić. O. Augustyn pomyślał przecie, że niema nic u Boga niegodnego. Pomodlił się, polecił sprawę św. Józefowi i poszedł przedłożyć rzecz staremu bogaczowi. Dawnemu Hermanowi trudno się było oprzeć. Bogacz zdziwił się, że widzi tak przyjemnego mnicha, na wszystko przystał i przyjął takie warunki wynajmu, jakie układali Karmelici.

Bezzwłocznie zamieniono dom na klasztor, przystrojono kapliczkę i znowu w dzień św. Teresy zakonnicy obejmowali nowe mieszkanie. W kilka dni później zaprowadzili bractwo Szkaplerza św., a wieczorem odbyła się po ogrodzie procesja ze statuą N. Panny, niesioną przez kilku mężczyzn. Ogród był tylko żelazną kratą oddzielony od ulicy, przechodnie mogli więc dobrze widzieć, co się u Karmelitów dzieje i można powiedzieć, iż to był pierwszy hołd publiczny oddany Najśw. Matce bożej, odkąd Anglia odłączyła się od prawdziwego Kościoła.

Katolicy garnęli się chętnie do nowego przybytku i ubóstwo zakonników wspierano częstymi jałmużnami. Z drugiej strony gorliwa ich praca pobudzała nienawiść heretyków i nieraz motłoch, zebrany w koło klasztoru, wybijał szyby kamieniami i nienawistnymi okrzykami dawał wyraz swej nienawiści dla katolicyzmu. O. Augustyn wówczas uciekał się do władzy, która nigdy nie odmówiła mu pomocy.

Wkrótce miało miejsce zdarzenie, które dało okazję Karmelitom sprawować publicznie obowiązki powołania kapłańskiego. Rzewną tę opowieść przytaczam według słów samego O. Augustyna wyrzeczonych na kongresie katolickim w Malines 1864 r.

„W miesiącu lutym zostałem wezwany do więzienia w Newgate, gdzie ośmiu marynarzy katolików, Hiszpanów rodem, było uwięzionych za rozbój i inne zbrodnie. Dyrektor więzienia, choć protestant, chciał im ułatwić pojednanie się z Bogiem przed śmiercią i sprowadził księdza katolickiego, a dozorcy więzienia byli tak pełni względności i uprzejmości, iż ułatwiali nam wszelkimi sposobami nasze zadanie. Na szczęście jeden z naszych Ojców był Hiszpanem i mógł się porozumieć z więźniami, którzy tylko po hiszpańsku rozumieli; przez miesiąc tedy, codziennie im nosił pomoc religijną i pociechy, jakie tylko wiara dać może.

Siedmiu z tych więźniów zostało skazanych na śmierć przez powieszenie, z tych jeden był schizmatykiem.

Powiedzmyż teraz na chwałę naszej świętej religii! Przez dwa tygodnie, dzielące wydanie wyroku od wykonania, ci ludzie, którzy byli jak wilki drapieżne zamienili się na ciche baranki, przyjmując bez oporu, bez skargi karę największą, jaka może być zadana. Pierwszy tego dowód, jaki dali, było ujęcie się za dwoma towarzyszami, którzy byli niewinni i których w końcu potrafili od powieszenia uwolnić tak, że tylko pięciu, a z tych czterech katolików miało wstąpić na szubienicę. Po tym uwolnieniu myśleli już tylko o swej duszy.

„Ach! gdybyście byli widzieli panowie, z jaką gorącością ducha przyjmowali ci skazańcy na kilka dni przed śmiercią Komunię św. w swych ciasnych, nędznych celkach!...

„W sam dzień egzekucji, jeszcze przed pierwszym brzaskiem, trzech kapłanów naszego Zakonu przedzierało się przez niezliczone tłumy zgromadzone w koło więzienia i niosąc na piersiach Boga utajonego, wchodziło do celek skazańców...

„Zastaliśmy ich klęczących na ziemi przed wizerunkiem Ukrzyżowanego; całą noc przepędzili byli na modlitwie. Gdy przyjęli Wiatyk święty, pierzchły i trwoga przed śmiercią i natury wstręt i obrzydzenie wobec okropnych szczegółów takiej śmierci. Słodkość uścisku Jezusowego wlała zupełny spokój w ich dusze. Przez trzynaście lat kapłaństwa nigdy nie spotkałem się z tak widocznym, z tak zdumiewającym wpływem boskiej Eucharystii, a także wpływem kapłana na dusze mu powolne!... Przez te dwie godziny przygotowania na śmierć – a według ludzkiego mniemania, powolnego konania – serca skazańców wznosiły się w przestworza, gdzie już niema łez ani rozłączenia i podczas gdy nas przerażały okropne okrzyki niecierpliwych tłumów, oni nam mówili o błogim spokoju zalewającym ich dusze, o szczęściu przebaczenia bożego, o krótkiej ekspiacji w porównaniu do winy, o nadziei oglądania wkrótce Boga!...

„Gdy ich zachęcałem do ufności w pomoc Maryi, wyrazili obawę, czy im szkaplerza nie odbiorą, ubierając ich na egzekucję?... „Ach Ojcze – zawołał jeden z nich – uproś nam łaskę, aby nam zostawili krzyżyki, różańce i szkaplerze!"

„W tej chwili Dyrektor więzienia kazał mnie do siebie poprosić. Zapytał, czy skazańcy są w bardzo gwałtownym stanie? czy się buntują i szemrają? Odpowiedziałem, że w życiu moim nie widziałem ludzi tak spokojnie patrzących śmierci w oczy i tak dobrze usposobionych.

„Czy nie proszą o jaką łaskę, której bym im mógł udzielić?

„Owszem," proszą o trzy łaski, pierwsza, aby móc mieć na sobie znaki świętej wiary naszej".

„Chętnie na to przystaję".

„Proszą także, aby ksiądz mógł im towarzyszyć na szubienicę". (A trzeba wiedzieć, iż w wilię tego dnia oświadczono nam, iż nie możemy po za granicami więzienia obcować ze skazańcami. Jakaż więc była moja radość, gdy usłyszałem te słowa Dyrektora).

„Powiedz im pan, że im możesz towarzyszyć".

„Wreszcie proszą o pozwolenie pożegnania się jedni z drugimi".

„I na to zezwalam".

Wtedy rozpoczęła się scena, której widoku nigdy nie zapomnę, która rozrzewniła nie tylko nas, Ojców ich w Jezusie Chrystusie, ale dozorców i wszystkich obecnych. Ci młodzi ludzi – najstarszy miał 26 lat – wychowani w rozboju, w swawoli, niemal dzicy z obyczajów, ci rozbójnicy padają na kolana jeden przed drugim, płaczą, ściskają się, przepraszają wzajemnie, pokazują sobie niebo i wołają: „Do widzenia, tam, bracie!... już niezadługo!"

Jeden z nich, herszt całej bandy, głośno wykrzyknął: „Szczęśliwy jestem, bo za pól godziny Boga oglądać będę!" On to rzekł parę tygodni przedtem, gdy wszedł nasz Ojciec Hiszpan: „Już się nie boję śmierci, kiedy mam księdza z mego kraju!"

Dyrektor kazał mi zapytać ich, czy nie chcą jeszcze czego?

„Chcielibyśmy jeszcze, odrzekli, pożegnać naszych towarzyszy ułaskawionych".

"To było rzeczą trudną, jednak Dyrektor widocznie rozrzewniony na wszystko pozwolił.

„Gdy ich przyprowadziłem do skazańców, coś tajemniczego między nimi zaszło; usłyszałem tylko: „Bóg to wie, Bóg wie wszystko!..." To pożegnanie było boleśniejsze od tamtego. Wtem dzwon głucho się odezwał. Pochód miał wyruszyć. W milczeniu daliśmy więźniom ostatnią absolucję.

„Pomijam inne szczegóły.

„Gdy najmłodszy ze skazańców – 20 lat liczył – stanął pierwszy na szubienicy, woła do mnie: „Ojcze! Ojcze! nie opuszczaj mnie!"

Natychmiast, wyprzedzając drugich, staję przy nim na rusztowaniu, na oczach 30.000 ludzi, z których wielu i to panie po tysiąc franków płacili za miejsce w oknie...

Spodziewałem się, że widok księży katolickich w komży i stułach wzburzy te nieprzyjazne tłumy, bo w tej części miasta, ileż razy nienawiść pospólstwa ścigała katolików! Tymczasem zaledwie nas ujrzano, szmer powstał: „Odkryć głowy!" i pełne przychylności uszanowanie wzięło górę nad wszelkim innym uczuciem.

Trzech nas kapłanów stało na szubienicy; pięciu skazańców przed nami. Poddajemy im akty wiary, nadziei, miłości, skruchy; dajemy im krucyfiks do całowania, szepczemy słodkie imiona: Jezus i Maryja...

Ale oto jeden z nich nadludzkim wysiłkiem zrywa więzy u rąk. Po co?... aby uczynić święty znak zbawienia. Odkrywa sobie głowę, na czole, ustach i piersiach czyni krzyżyk, a potem bijąc się w piersi, woła do tłumów jedyne słowo angielskie, jakiego się nauczył: „Pardon!.. przebaczenia!..." Gorący wyraz sympatii mu odpowiada. W tejże chwili usuwają się deski z pod nóg skazańców... zawisnęli w powietrzu... Długo nie cierpią; zaduszenie odbiera im przytomność.

Nam każą schodzić; jeden z nas musi oderwać swój krzyżyk od ust swego penitenta, którego wargi doń przywarte.

„Zeszedłszy z drabiny O. Józef (Hiszpan) twarz rękoma zakrywa, wybucha płaczem i woła do mnie: „Ojcze, wydarli mi dzieci moje!"

„I rzeczywiście, on ich był zrodził Jezusowi Chrystusowi!

Dziennik Times, zdając sprawę z egzekucji, przytoczył dziwny szczegół. Gdy popołudniu oglądano zwłoki powieszonych, zauważono, iż wbrew temu, co się zawsze widzi, niektórzy mieli wyraz twarzy zupełnie niezmieniony. Czterech – pisze ów dziennik – wyglądało jak gdyby spali spokojnie (as if in a gentle sleep) piąty zaś miał twarz okropnie wykrzywioną". Nazwisko tego ostatniego podaje, a był to ów skazaniec, który jeden był schizmatykiem wśród towarzyszy katolickiego wyznania.

„Możemy więc przypisać Eucharystii św. tę różnicę. Ona pokrzepiwszy dusze i ciała niejako zabalsamowała i wyryła piętno spokojne na obliczu straconych.

„Zauważmy – kończył O. Augustyn – że przed 40 laty rzeczy, które tu opisuję, nie mogłyby mieć miejsca. Przed równouprawnieniem katolików, nie byłby ksiądz przypuszczony do skazańców, raczej byliby musieli umierać jak potępieńcy. Przed 40 laty nigdy publiczność angielska nie byłaby zniosła widoku księdza katolickiego na miejscu egzekucji!"

Jest więc do skonstatowania wielki i pocieszający postęp w tym kraju na korzyść wiary naszej świętej i ludzkości.

Mowa O. Augustyna na kongresie katolickim w Malines, z której przytoczyliśmy powyższy ustęp, miała dla Karmelitów niespodziewane następstwa. Najgorszy dziennik belgijski „Indépendance Belge" wziął z niej pochop, aby napisać szyderczy artykuł o O. Hermanie, wyśmiewając go jako pianistę i jako kaznodzieję. Times angielski przedrukował ten artykuł. Nie zawsze jednak nieprzyjaciele Kościoła mogą obrachować skutek swych zajadłych wycieczek przeciw sługom bożym. Pismo szkalujące O. Hermana wpadło w ręce pana Bird, owego sędziwego właściciela domu, w którym mieszkali Karmelici. Jak widzieliśmy, chętnie na prośbę O. Augustyna wynajął im swe mieszkanie, ale dzięki wkorzenionemu przesądowi nie mógł się zdecydować odsprzedać im swej posiadłości, co było ze wszech miar pożądanym przez naszych zakonników. Przeczytawszy artykuł Times'a, takiego doznał wrażenia jak młodzi Spartańczycy, gdy widzieli pijanego człowieka. „Zaprawdę rzekł sam do siebie – ten mnich musi być nie bez wartości, kiedy tak o nim piszą!..."

I kazał przywołać do siebie O. Augustyna.

„Piękne rzeczy tu o Ojcu piszą! – rzekł do wchodzącego. – Otóż chcę Ojcu sprzedać moją posiadłość. Nie, żebym potrzebował pieniędzy. Moje dzieci, dzięki Bogu, nie będą bez chleba! Ale przeczytanie tego artykułu tak mnie usposobiło iż pilniej mi jest wam ten dom odstąpić, niż wam nabyć go. Ułóżmy się zaraz o warunki, bo kto wie? mógłbym zdanie zmienić.

O. Augustyn oczywiście skorzystał z tak dobrego usposobienia, na miejscu kontrakt podpisano i Karmelici stali się właścicielami pięknego domu i ogrodu, w którym zamierzali kościół budować.

W liście poufnym pisał nasz szczęśliwy zakonnik:

„Trzebaby tomy spisać, aby opowiedzieć łaski i miłosierdzie P. Jezusa nad nami. Bractwo dziękczynienia już tu zaprowadzone... Procesie szkaplerzne co miesiąc zgromadzają wielu pobożnych. Do Adoracji nocnej coraz więcej i coraz gorliwszych członków przybywa. Kardynał chce. abyśmy i o nabożeństwie do dusz zmarłych pomyśleli. Mamy dom już własny w Londynie i marzymy o kościele!"

W innym liście czytamy: „Teraz możemy powiedzieć, że Karmel założony na ziemi angielskiej, bo kącik, gdzie się przytulamy, jest prawdziwie naszym. Deo gratias! Teraz nam potrzeba kościoła; szepnijcie o tym słówko św. Józefowi!"

I rzeczywiście! Kościół zaczął się budować. Dwa lata nie upłynęły, a stała już gotowa nowa świątynia na cześć Boga Najwyższego!

13 sierpnia 1866 r. pisze O. Augustyn do siostry: „Uroczystości poświęcenia odbyły się wspaniale i tłumy wiernych przyciągnęły. Mamy piękny kościół, doskonałe organy i... dużo długów. Ale to już rzecz św. Józefa!"

Sam Ojciec jeździł do Bordeaux po relikwie św. Szymona Stocka, patrona nowego klasztoru, i uroczyście wprowadził je do swej ukochanej świątyni.

Ale te wszystkie prace w samym Londynie nie wystarczały gorliwości O. Augustyna; gdzie tylko potrzebowano, jego pomocy, gdzie wiedział, że jest możliwe pole do pracy, tam biegi i wysilał się, byle choć kilka dusz zyskać Jezusowi. Przez te lata, spędzone w stolicy Anglii, Irlandia, Szkocja, Francja, Belgia, Prusy witały kolejno apostoła Najśw. Sakramentu i słyszały z ust jego pełne namaszczenia i ognia głoszone słowo boże. Po ludzku nie można sobie wytłumaczyć takiej pracy; zdaje się, że najsilniejsza konstytucja by jej nie wydołała. O. Augustyn często chorował i dużo cierpiał; ale gdy go wzywała apostolska praca, gdy miał wyjechać na misję lub z kazaniem, odnajdywał jakąś dziwną siłę Zdawało się, że zmartwychwstaje; jechał pełen zapału spełnić podjęty dobrowolnie obowiązek, ale za powrotem do domu dawne cierpienie wracało.

Przypatrzmy się nieco tym wędrówkom.

W lutym 1865 r. daje misję w Attonie, niedaleko Hamburga, a więc w swym rodzinnym kraju. Rodzina otacza go w tej okoliczności i daje bratu kapłanowi wielkie i święte pociechy.

Ledwo powraca do Londynu", rozpoczyna U. Augustyn kazania Wielkopostne i to podwójne, bo oprócz kazań we własnym kościele przemawia w Clarendon, gdzie się schroniła nieszczęśliwa, a wielkich cnót królowa Maria-Amalia. Przy końcu postu siły opuszczają Ojca, ale zmartwychwstaje razem z P. Jezusem i zaraz po Wielkiej nocy wyjeżdża do Francji dawać w mieście Mans rekolekcje zakonnicom. 16 Maja już jest z powrotem w Londynie, gdzie ma kazanie na otwarcie Jubileuszu, a 25 Maja z największą radością serca swego składa przelożeństwo w ręce O. Ludwika.

Ubytek tego ciężaru przydaje czasu i sił do prac apostolskich. W Październiku O. Augustyna widzimy w Rennes, każącego przez całą oktawę św. Teresy; w Adwencie jest w Berlinie, gdzie mówi z ambony po francusku i po niemiecku. „Mam – pisze – audytorium złożone z 4.000 osób; żniwo zapowiada się obfite; módlcie się o dobre skutki u Matki Boskiej Zwycięskiej".

Rzeczywiście Bóg pobłogosławił tę misję, której skutki były tak znaczne, iż dzienniki zaczęły się nimi i trwożyć i cieszyć. Niektóre gazety katolickie twierdziły, że przy konkluzji 7.000 osób przystąpiło do Komunii św. Posłuchajmy, co O. Augustyn sam pisze o misi w Berlinie.

„Dziękuję wam za modlitwy u Matki Boskiej Zwycięskiej; przyniosły swoje owoce, gdyż misja ta została ubłogosławioną niepojętymi łaskami. Aby wam dać pojęcie o gorliwości katolików Berlina, przytoczę ten jeden szczegół, iż 2.000 osób (więcej mężczyzn niż kobiet) przyjęło z rąk moich Szkaplerz św. W Hanowerze także mogłem tylko dziękować Panu za przedziwną pomoc udzieloną mi w pracach moich dla chwały Jego".

Z Prus jedzie O. Augustyn do Francji. Dijon i Lyon mają szczęście go posiadać. W tym ostatnim mieście, ponieważ zostawił tak dobre wspomnienia, witany jest z największą radością. Ale hołdy wdzięczności i przyjaźni są mu obojętne; on szuka tylko chwały bożej i dobra dusz. Dając rekolekcje pewnemu gronu pań, oto jak zaczyna: „Ostatnie słowo, jakie z ust moich słyszałyście, było: Jezus! Dziś, witając was po trzech latach, zaczynam od tego samego wyrazu: Jezus! On był naszą spójnią przez ten czas tak, jak dzisiaj jest przedmiotem i powodem połączenia naszego. Przez te kilka lat dużo jeździłem, dużo widziałem i słyszałem, wieloma sprawami byłem zajęty i wiele dusz spotkałem, a nauczyłem się tylko jednego, iż wszystko, co nie jest Jezusem, jest niczym!"

Po ukończeniu tych rekolekcji O. Augustyn każe u Karmelitów przez trzy dni z powodu beatyfikacji błog. Maryi od Aniołów. Kościół za ciasny, aby pomieścić cisnące się tłumy; trzeba było drzwi zostawiać otwarte, by zalegająca ulicę ludność mogła usłyszeć tę gorącą wymowę, której się serca oprzeć nie mogły.

Wszystkie pobożne stowarzyszenia, założone przez O. Augustyna, chcą go widzieć między sobą; wszystkim udziela słowo ojcowskiej zachęty; a przed opuszczeniem ukochanego przez siebie miasta jeszcze raz mówi z ambony na korzyść ubogich i sam rękę wyciąga, aby im przyjść w pomoc. Za uzbieraną znaczną kwotę ileż serc błogosławiło gorliwego zakonnika!

Powróciwszy do Londynu O. Augustyn znalazł inne, jeszcze cięższe pole do pracy. Cholera wybuchła w jednej z dzielnic olbrzymiego miasta; natychmiast Karmelici biegną na pomoc chorym. „Przygotowałem na śmierć znaczną liczbę umierających – pisze nasz niestrudzony apostoł – ale mnie P. Bóg nie osądził godnym przy nich śmierć znaleźć!"

Gdy zaraza ustała, jedzie w głąb Irlandii, gdzie wydziwić się nie może silnej wierze i gorącym uczuciom katolickim ludności. „Możnaby myśleć, że się jest w pierwotnym kościele – mówi. – Wczoraj miałem 9.000 słuchaczy. Nigdzie nie widziałem takiej wiary".

Przez lata 1866 i 1867 pielgrzymki misyjne O. Augustyna nie ustają. Prawie niepodobna za nim myślą i piórem nadążyć i zrozumieć niełatwo, jak siły i czas jednego człowieka na tyle pracy wystarczyć mogą. Przebywa kolejno w miastach: Rouen, Rennes, Roder, Palence, w Rzymie, w Paryżu, w Paray-le-Monial, przebiega Anglię, Irlandię, Prusy; wszędzie daje misje, rekolekcje, a nawet z jednym kazaniem jedzie, gdy go wzywają. Powraca do Londynu w końcu r. 1867, ale wkrótce opuszcza ten klasztor, który jemu zawdzięcza swoje istnienie, aby doń więcej nie powrócić. Po kazaniach Adwentowych w Rouen jedzie O. Augustyn na parę tygodni do Broussey odpocząć nieco w tej miłej samotni, która mu przypomina błogie czasy nowicjackie. Następny Wielki Post zastaje go w Berlinie, gdzie tłumy, żądne jego gorącego słowa, otaczają skwapliwie ambonę; skutki nawróceń dusz do Boga są zdumiewające.

Jak widzimy tedy, nie targuje się Augustyn, gdy idzie o wyparcie się siebie i poświęcenie dla bliźnich. Jednak na dnie serca ciągle tkwiła żądza samotności, pragnienie zatopienia się w zjednoczeniu bez żadnej przeszkody Boga z duszą. I oto życzenia te miały być ziszczone.

Następnym listem z 11 Kwietnia 1868 r. zawiadamia o tym obecnego przełożonego Karmelitów w Londynie: „Przewielebny Ojcze! Dostaję depeszę telegraficzną od O. Generała donoszącą mi, iż jestem przeniesiony do prowincji francuskiej (południowej). Opuszczając wasz dom, czuję się w obowiązku podziękować jak najgoręcej Waszej Przewielebności za dobroć, której odebrałem tyle dowodów i przeprosić za tyle win przeze mnie popełnionych. Również Ojcom i Braciom pragnę wyrazić moją wdzięczność i mój żal, iż tyle razy ich zgorszyłem lub zasmuciłem moim przykrym charakterem. Mam nadzieję, że Wasza Przewielebność i zakonni Bracia modlić się będą za mnie, by mi Bóg odpuścił i bym się nawrócił...

Misję tu ukończyłem ku zadowoleniu osób, które widziałem. Zdrowie moje dobre...

Jutro wyjeżdżam do Poznania.[23] Błogosław mnie mój Ojcze!"

W przyszłym rozdziale odnajdziemy Hermana u celu swych marzeń, w Świętej Pustyni.

 

ROZDZIAŁ XIV

O. Augustyn w Świętej Pustyni

Już w roku 1857 pisał O. Augustyn do ks. proboszcza z Tarasteks: „Nie mogę księdzu wyrazić jak wzdycham za Pustynią. Będę się starał jak najprędzej nasze sprawy urządzić, aby tam ulecieć!"

Prawie wszystkie listy dawnego światowca mówią o tym samym pragnieniu, dowodząc, jak zupełnie Bóg serce odmienił i jak życie czynne dźwigał jako krzyż. Do siostry raz pisze: „Odprawiłem swoje roczne rekolekcje i zaczerpnąłem w nich żywsze niż kiedykolwiek pragnienie samotności, życia ukrytego Pustyni!... Co tylko ode mnie zależy, robić będę, aby ta fundacja ukończoną została – i abym w niej mógł się żywcem pogrzebać!"

Jednakże przez 10 lat zdawało się, iż P. Bóg sprzeciwia się pragnieniom sługi swego i, im więcej wzdycha on do samotności, tym w większy wir pracy i ruchu go popycha. Proboszcz z Ars tak zawsze jasno patrzący w przyszłość, rzekł mu razu pewnego: „Dobrze Ojciec robisz, że pracujesz koło założenia Świętej Pustyni, ale co do siebie, mało z niej korzystasz!"

Im cięższa była ofiara, tym Bóg więcej błogosławił hojności sługi dobrego. Kto może zliczyć, ilu duszom dopomógł do zbawienia, ile oświecił, ilu wskazał właściwą drogę, ile zagrzał do gorętszej służby bożej?  O sobie mawiał ze smutnym uśmiechem, że rezydencja jego w wagonie, ale wysiadając z tego wagonu szedł na połów dusz, a połów bywał niezmiernie obfity.

Wreszcie zabłysła chwila wytchnienia. Otrzymawszy od prowincjała pozwolenie zamieszkania w Tarasteks, pisze już z drogi z Kolonii do swego siostrzeńca: „Pobyt w Świętej Pustyni wydaje mi się przedsionkiem do nieba, pragnę i łaknę go niewypowiedzianie!"

Przyjęcie nowego pustelnika do Eremu odbywa się z pewną uroczystością; modlitwy kościelne dodają temu obrzędowi owego uroku i namaszczenia, którego nic zastąpić nie może. Oto jak Herman był przyjęty przez braci pustelników, jak święcą w Karmelu przyjazd szczęśliwego wzgardziciela świata, któremu samotność z Bogiem w ubogiej celce odtąd wystarczy.

Przybywający karmelita przyjęty jest przy odgłosie dzwonu, wchodzi zaraz do kościoła, gdzie przed krucyfiksem dwie świece się palą. Ubrany w kapę pada krzyżem na środku prezbiterium, podczas gdy zakonnicy psalmodjują hymn Veni Creator. Potem przez chwilę w milczeniu się modlą za nowego przybysza. Oddaje się go w opiekę Matce Boskiej Karmelu, odmawiając Sub tuum praesidium, i zawiązuje się jakby rozmowa pomiędzy nowym a dawnymi pustelnikami, złożona ze słów z Pisma św. wyjętych:

V. Módl się za nami święta Boża Rodzicielko,

R. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych

V. Zaprowadzę go na puszczę.

R. I będę przemawiał do serca jego.

V. Pan mnie prowadzi i na niczym zbywać mi nie będzie,

R. W pastwiskach, na których mnie umieścił.

V. Ześlij światłość twoją i prawdę twoją,

R. One mnie zaprowadzą i doprowadzą na górę świętą Twoją.

V. Będą upojeni obfitością domu twojego, R. I napoisz ich u zdroju rozkoszy.

V. Błogosławieni, którzy mieszkają w domu pańskim,

R. Chwalić cię będą po wszystkie wieki.

V. Miłosierdzie pańskie,

R. Opiewać będzie na wieki.

V. Panie wysłuchaj modlitwy moje,

R. A wołanie moje niech do ciebie przyjdzie.

V. Pan z wami

R. I z duchem twoim.

Następują rzeczone modlitwy o spokój wewnętrzny i wytrwanie w świętych ćwiczeniach pustelniczego życia:

„Napełnij Panie łaską pokoju sługę Twego Augustyna-Marii od Najśw. Sakramentu, broń przeciwko nieprzyjaciołom tego, który się oddaje w opiekę błogosławionej Dziewicy Maryi.

„Boże zastępów! od którego pochodzi wszelkie dobro, wlej w serca nasze gorącość Twej świętej miłości, abyśmy Cię nade wszystko i przede wszystkim kochając, szczęśliwie do Ciebie dojść zasłużyli.

Udziel Panie tej łaski sługom Twoim, tutaj jako jedna rodzina zebranym, aby nieprzyjaciel dusz w niczym im nie zaszkodził.

„Boże miłosierny! Boże litościwy! bez którego nic dobrego przedsięwziąć nie możemy i nic dobrego dokonać, udziel sercom naszym niewzruszonej stałości w miłości Twojej i ustrzeż nas od wszelkiego wahania się i pokusy w przedsięwzięciu za łaską Twoją postanowionym.

R. Amen.

Po tych modlitwach wszyscy udają się do sali Zgromadzenia. Tam według zwyczaju każdy z zakonników daje nowemu przybyszowi słowo dobrej rady, krótką sentencję duchowną, która w skrzętnych rękach jego ma się zamienić w owoc cnót.

Następnie przeor, (według ceremoniału) zapytuje przyszłego pustelnika, po co przyszedł do eremu, co w nim chce znaleźć?

Posłuchajmy odpowiedzi O. Augustyna:

„Przewielebny Ojcze i Wielebni Bracia! Przyszedłem tu szukać Jezusa! od mego nawrócenia jego tylko szukam, jego tylko pragnę!... Gdziekolwiek byłem, wszędzie Go szukałem i starałem się dać Go poznać. Ale niestety! mało dusz nauczyłem znać Go i ukochać, przynajmniej, mało według pragnień moich, mało sam Go znajdowałem w pośród gwaru świata! I dlatego, przewielebny Ojcze i ukochani Bracia! przychodzę się schronić między was z gorącem pragnieniem, by do was należeć! Wszak zechcecie dopomóc mi waszym przykładem i waszymi modłami do znalezienia Tego, którego ukochała dusza moja? do poznania Go i miłowania więcej niż dotąd?..."

Ze wzruszeniem wysłuchali zakonnicy wyrazu tak pobożnych i tak pokornych uczuć. Przeor odpowiada kilku słowami zachęty, po czym bratni uścisk zakończa ceremonię. Po małej chwili znowu pusto na sali i na korytarzach, znowu uroczysta cisza zalega. Wszyscy pustelnicy powrócili do cel swoich i nie wyjdą z nich jak tylko na wspólne ćwiczenia duchowne, nie przemówią do siebie, chyba dwa razy na miesiąc na konferencji wspólnej.

Zaledwie O. Augustyn zaczął używać słodyczy samotności, gdy Bóg go doświadczył chorobą, zagrażającą opuszczeniem ukochanego eremu. Oto co pisze do siostrzeńca w dniu 10 Października 1868: „Pobyt w Świętej Pustyni przedziwnie odpowiada pociągom duszy mojej; zdrowie w ogóle także dobre oprócz oczu, na które zapadłem. Doktor wymaga, abym jechał do Bordeaux poradzić się specjalisty, może dostanę obiediencję od O. Jenerała przed świętem naszej Matki św. Teresy. Tą poradą dosyć się turbuję, obawiając się, że, jeśli kuracja będzie trudna, każą mi opuścić Świętą Pustynię".

Doktorzy w Bordeaux zalecili wypoczynek umysłowy najzupełniejszy i posilniejsze pożywienie. Z wielkim swym żalem O. Augustyn musiał wziąć ciepłe obuwie i zezwolić na niektóre inne ulgi konieczne. Poddał się tymczasowo tym przepisom, ale niewiele ufając środkom ludzkim, postanowił do niebiańskiej Lekarki zapukać o pomoc. Pojechał do Lourdes prosić o uzdrowienie, a jak go Matka Najświętsza wysłuchała, zobaczymy w liście następnym do członków Bractwa Dziękczynienia, istniejącego już w pięciu miastach.

Pax Christi.

Bagnères 6 Listopada 1868.

Drodzy moi bracia w Jezusie Chrystusie!

„Oto otrzymałem nowy dowód dobroci Matki Najświętszej dla swych dzieci, a przychodząc z wami się podzielić tą wiadomością, czuję serce moje przepełnione pociechą.

„Już od przeszłego roku uważałem, że mój wzrok wskutek pracy znacznie się osłabił. Spędziwszy ostatnie 6 miesięcy w naszej ukochanej Pustyni pod Tarasteks, dostałem tamże oftalmii tak niebezpiecznej, iż posłuszeństwo nakazało mi pojechać do Bordeaux radzić się sławnego okulisty. Już na miesiąc przedtem zakazano mi zupełnie czytać, nawet brewiarza. Okulista zbadawszy dokładnie moje oczy, zastał je w bardzo złym stanie i oświadczył, że żadne leki nie będą mogły zapobiec zapaleniu, a po najmniejszym zapaleniu trzeba będzie przedsięwziąć operację... Pomimo szkieł i różnych ostrożności, pomimo różnych ulg w ostrości naszej reguły po powrocie z Bordeaux czułem coraz większe osłabienie wzroku; nie mogłem znieść ani światłości dziennej, ani lampy, ani nawet świecy, a żeby przeczytać kilka wyrazów, musiałem się zdobyć na bardzo bolesne wysilenie. Wówczas to podano mi myśl odprawienia nowenny do Matki Boskiej z Lourdes, która uzdrowiła tylu niewidomych.

„Ta myśl uśmiechnęła mi się daleko więcej aniżeli kuracje lekarskie. Przypomniałem sobie, ze przed 22-ma laty Najświętsza Panna uprosiła dla mnie u Syna swego uzdrowienie z daleko gorszej ślepoty, że z tej samej ciężkiej, dusznej niemocy uleczyła kilku moich krewnych, że matce mojej, umierającej bez Chrztu, uprosiła żal i pragnienie nawrócenia; pomyślałem, że te cuda w porządku duchowym daleko trudniejsze były aniżeli uzdrowienie w porządku materialnym, więc nie wahałem się wierzyć silnie, że mnie Matka Boska uleczy!

„Nowennę zaczęliśmy w dzień Archanioła Rafaela, który uzdrowił Tobiasza ze ślepoty. Codziennie obmywałem oczy wodą z cudownego źródła i codziennie gorąco się modliłem do Niepokalanej Panienki i wiele dusz pobożnych modliło się ze mną.

„Szóstego dnia udałem się piechotą z Bagnères do Lourdes i starałem się tę podróż odprawić prawdziwie jako pielgrzym. Już w dniach poprzednich odczuwałem znaczną ulgę, zwłaszcza w chwili, gdy ową cudowną wodę przykładałem do oczu. Żadnych innych leków nie używałem.

„Wreszcie dziewiątego dnia, w sam dzień Wszystkich Świętych, będąc w samej grocie i przy tym źródle, które wytrysnęło na rozkaz Najśw. Panny, poczułem, że cierpienie zupełnie ustało. Od tej chwili piszę i czytam, ile mi się podoba bez okularów, bez żadnej ostrożności i bez żadnego wysilenia; mogę patrzeć na światło słoneczne, na lampę gazową lub świecę bez najmniejszego bólu; powróciłem do sandałów, do wygolonej tonsury i otrzymałem to, czego nade wszystko pragnąłem, iż mogę dalej prowadzić życie pustelnicze w naszym kochanym eremie. To uzdrowienie według mego najgłębszego przekonania jest cudem, który zawdzięczani przyczynie Najświętszej Panny.

„Dlatego czuję konieczną potrzebę rozgłoszenia dobroci Serca naszej najlepszej Matki i błagania usilnie wszystkich dusz, które Ją kochają, aby łączyły się ze mną w dziękczynieniu i aby we wszystkich potrzebach swoich z ufnością zwracały się do Maryi".

W kilkanaście dni później, 12 listopada, O. Augustyn powrócił do Lourdes odprawić Mszę dziękczynną, po której w rzewnych słowach przemówił do obecnych, dzieląc się z nimi uczuciami radości i wdzięczności, które serce jego tak czułe i gorące zaledwie objąć mogło.

Biskup genewski, znany w świecie katolickim ks. Mermillod, od dawna pragnął przyciągnąć do swego miasta O. Augustyna; kilkakrotnie ułożona wyprawa misyjna do Genewy nie udała się, wreszcie na Wielki post 1869 r. uprosił biskup Mermillod u prowincjała przyjazd O. Augustyna z kazaniem pasyjnym; opuścił pustelnik mury eremu i podążył do wielkiego miasta głosić chwałę bożą; zaledwie jednak ukończył powierzoną mu pracę, powrócił pospiesznie do Świętej Pustyni.

Tu przeor powierzył mu skromny, ale dla pobożnego zakonnika bardzo miły urząd zakrystiana. Z największą troskliwością starał się o ochędóstwo i ozdobę kościoła i w najdrobniejsze szczegóły wchodził osobiście, nie żałując trudu i starania.

Tu także pod wpływem błogich uczuć, jakie w świętej samotni duszę jego napełniały, spisał nowy zbiór pieśni pod tytułem: „Tabor". I tytuł i podniosłe melodie wyrażały wymownie stan wewnętrzny piszącego, stan pociech duchownych, ścisłego zjednoczenia z Bogiem, oderwania od ziemi a zatopienia w uniesieniach mistycznej miłości.

„Czuję czasami – pisał – jakoby dotykalne zetknięcie się duszy mojej z Bóstwem i pociąg do poddania się bez oporu przedziwnym działaniom łaski..."

„Jezus sam! – pisze w innym liście – nie ma piękniejszej melodii nad te dwa słowa, które lubię w twych listach odnajdywać. Jakież wyrazy mają podobną słodycz, podobną siłę? Bądź pewna, iż zawsze znajdą one odbicie w sercu znojem! Niema prawdziwego szczęścia, jak. w Jezusie samym i serca nasze nie znajdą spokoju jak w pogrążeniu się w Jego Sercu, tak bogatym w dary!"

Z głębi swej Pustelni O. Augustyn zajmował się ciągle rozszerzeniem Adoracji nocnej. W czasie Soboru watykańskiego pisał do przyjaciela, będącego w Rzymie, aby korzystał z pobytu w Wiecznym mieście tylu biskupów i prałatów i propagował między nimi myśl Adoracji, mianowicie między biskupami hiszpańskimi, aby przez to nabożeństwo uprosili spokój i zgodę dla kraju swego.

„Tutaj – dodaje – jesteśmy co noc od północy do 2 godziny przed Najśw. Sakramentem, śpiewając oficjum i modląc się. W czasie tych nad wyraz słodkich godzin łączę się z wami i z całym Stowarzyszeniem...

„Doznaję w samotni naszej szczęścia prawdziwego, głębokiego pokoju serca i przekonywam się coraz lepiej, że to prawdziwy żywioł zakonnika!"

Ale spokój przerywany był pracą, czasem przeciwnościami. W dniu 17 Lutego 1870 r. pisze O. Augustyn: „U nas w tej chwili prawdziwy szpital. Nie na próżno prosiłem zeszłego roku o urząd infirmarza! Od dwóch tygodni O. przeor leży z raną w nodze. Jeden z braci rzucony przez mula o mur, złamał rękę, przynajmniej przez miesiąc nie będzie się mógł ruszać. Podprzeor bardzo silnie zakatarzony, ja mam kilka niemiłych wrzodów, ale chodzić mogę. Trzech nas tylko pozostało do dziennego i nocnego oficjum i innych obowiązków reguły.

„Prowadzę więc, jak widzisz, życie zarazem czynne i kontemplacyjne, a nawet najlepsza cząstka mnie się dostała, kiedy mogę drugich pielęgnować. Ten urząd bardzo mi do smaku przypada i zdaje mi się, żebym chętnie spędził moje życie w sali szpitalnej jako infirmarz. „Zresztą mam dobre zdrowie i dobry humor Chciałbym tylko, aby Pan Bóg był tak ze mnie kontent, jak ja szczęśliwy jestem ze sposobu, w jaki się ze mną obchodzi!"

W kilka dni potem O. Augustyn znowu musiał opuścić Świętą Pustynię. Jechał do Poitiers na Wielki post z kazaniami pasyjnymi. Tu go spotkała dotkliwa przeciwność: choroba powaliła go o łóżko i nie mógł dokończyć szeregu kazań. Cierpienie swoje ofiarował Bogu za słuchaczy swoich, „a nie mogąc mówić do nich o Panu Jezusie, mówił jak najwięcej P. Jezusowi o nich".

Wyjeżdżając z Poitiers, musiał nasz Ojciec zatrzymać się kilka tygodni w Bagnères, aby odzyskać utracone siły. Wróciwszy do Świętej Pustyni, niedługo się cieszył tą lubą samotnością, której tak łaknął! Kapituła Karmelitów francuskich zebrana w maju 1870 r. zamianowała go pierwszym definitorem prowincji i mistrzem nowicjuszów. Bóg przemówił przez usta zebranych braci; O. Augustyn pożegnał się z ukochaną celką, ostatni raz tęsknym wzrokiem popatrzał na poważne mury Pustelni i podążył do domu nowicjackiego w Broussey.

Życie Hermana już dobiega do końca. Zanim przypatrzymy się ostatnim jego pracom, rzućmy okiem na całość tego pięknego żywota, na cnoty i na cechy charakterystyczne naszego mnicha-apostoła.

 

 

ROZDZIAŁ XV

Gorliwość O. Augustyna o zbawienie dusz

O. Augustyn kochał dusze; całe życie jego jest tego wymownym dowodem. Kochał je zaś miłością czynną, poświęconą; mawiał czasami do osób, z którymi bliskie miał stosunki, „iż aby jedną duszę zbawić, poszedłby na kraj świata, choćby tam miał zginąć", a czyny jego dowodziły, iż w tym nie było przesady, gdyż, aby dopomóc jakiejkolwiek bądź duszy, nic go wstrzymać nie mogło, ani choroba, ani trudy, ani podróże, wszystkiego gotów się był podjąć, byle ta dusza zbliżyła się do Boga, byle go więcej ukochała i lepiej mu służyła.

Widzieliśmy, jak prace apostolskie pożerały cały czas, całe życie O. Augustyna; z podziwieniem przychodzi nam zaznaczyć, iż w pośród tylu podróży, w pośród tak ciężkiej kaznodziejskiej pracy, przy zakładaniu kilku zakonnych domów miał jeszcze czas na liczne korespondencje, mające jedynie na celu dobro dusz. Dziś te listy są setkami przechowywane w pobożnych rękach, które je uważają jako skarb prawdziwy dobrych rad i mądrego kierownictwa na drogach bożych. Nie ma w nich nic niepotrzebnego, żadnych wiadomostek, żadnych ozdób stylu. O. Augustyn w listach swoich wprost zmierza do celu, zachęca, oświeca, naucza, a szczególniej zagrzewa do miłości bożej i do uwielbienia owej Tajemnicy Ołtarza tak mu drogiej.

Wielka liczba tych listów jest do rodziny: jak porządek boży przepisuje, dusze najbliższe były mu najdroższe i najskwapliwiej pracował nad ich nawróceniem lub utwierdzeniem w dobrem. O dawnych przyjaciołach także nie zapominał i modlił się zawsze gorąco, aby im wyjednać powrót na dobrą drogę. Widzieliśmy, z jaką pociechą serca dawnemu mistrzowi ułatwił powrót do Boga; pragnął i pani Sand oddać tę samą przysługę, ale tę biedną duszę już nic szlachetnego, nic wyższego przynęcić nie mogło; z sarkazmem na ustach przyjęła pierwsze słowo O. Hermana i odwróciła się od niego.

Jeśli dusze w świecie żyjące były mu drogie, ileż więcej dusze braci zakonnych, złączonych z nim tak ścisłymi więzami. Kilkakrotnie uczucia te widział boleśnie zranione. Pierwszy, który nie „dotrwał aż do końca", był ów izraelita nawrócony i gorącem słowem O. Augustyna na kazaniu u św. Sulpicjusza do Karmelu przywabiony, O. Bernard Bauer. Po ciężkiej chorobie dał sobie wytłumaczyć. iż lepiej zrobi, jeżeli zakon porzuci, i choć O. Augustyn pisał do niego „nie uczyniłeś profesji tylko aż do choroby, ale aż do śmierci", prosił Ojca św. o sekularyzację i zrzucił sukienkę Najśw. Panny. Tyle więzów, tyle podobieństw łączyło te dwie dusze, iż upadek jednej musiał boleśnie zapisać się w tajnikach drugiej.

Straszniejszym jeszcze, ciosem, było wystąpienie z Zakonu smutną sławą okrytego O. Hiacenta Loyson.  O. Augustyn nie mógł przewidzieć i nie dożył ekscesów, jakimi ów nieszczęsny zakonnik napiętnował swoją apostazję, ale ciężkim przeczuciem dręczony, robił, co mógł, aby go wstrzymać na brzegu przepaści; oto list, jaki doń wówczas napisał ze Świętej Pustyni 27 Września 1869 roku:

„Najdroższy O. Hiacencie! Zechciej przychylić ucha do głosu przyjaciela, który cię błaga, abyś wszedł sam w siebie, powrócił do braci, którzy cię kochają, do kościoła, którego masz być sługą, podporą, a nie sędzią! Możesz jeszcze zaśpiewać wraz z nami te pełne pociechy słowa: Ecce quam bonum et guam jucundum habitare fratres in unum! Rzuć okiem w głąb serca tych, których odstąpiłeś, przypomnij sobie święte radości, których doznałeś w Karmelu!... Nie, nigdy nie uwierzę, abyś znalazł spokój sumienia w obecnym twym położeniu. Ten błogi spokój dopiero odnajdziesz, gdy wrócisz do twej duchownej rodziny i gdy zawołasz: Surgam et ibo ad patrem meum, et dicam ei: Pater, peccavi in coelum et coram te!

„O mój najdroższy! droższy sercu memu niźli możesz przypuścić! spiesz się, jeszcze czas po temu! Uściskamy cię, zapłaczemy razem, rany twoje opatrzymy oliwą i winem dobrego Samarytanina!... Zaklinam cię przez miłość Maryi, Matki Bożej, którą nas nauczyłeś kochać tak serdecznie, w imię Dziewicy Maryi, Królowej Karmelu, powróć do tej przystani bezpiecznej, gdzieś był tak szczęśliwy i gdzie przysiągłeś, że żyć będziesz i umierać!

„Nie mogłem oprzeć się potrzebie serca mego, która mnie zmusiła do postania ci tych kilku stów! Nie odrzuć prośby przyjaciela, błagam cię na klęczkach! Pociesz dusze pobożne, tak zasmucone twoim postępowaniem. Obsecramus pro Christo. Można wszystko w tym życiu naprawić, byle serca nie zatwardzać przed łaską. Możesz wzgardzić moją prośbą, jeśli wśród swego otoczenia znajdziesz przywiązanie równie czyste, bezinteresowne, szczere jak moje.

W Jezusie i Maryi, twój niegodny brat Augustyn od Najśw. Sakramentu.

Ta rzewna odezwa nie wzruszyła winowajcy, który, jak wiadomo, brnął coraz dalej na drodze błędu W rok potem O. Augustyn już nie żył; zapewne jeszcze u stóp Majestatu bożego wstawiaj się za ciężko winnym lecz zawsze drogim bratem.

Pracę apostolską prowadził O. Augustyn jako kaznodzieja i jako spowiednik. Pomówmy najprzód o kaznodziei.

Nasuwa się tu pytanie: czy Herman był mówcą? jeśli chodzi o zasady ścisłej retoryki, o wymowę akademicką, o geniusz wreszcie, nie, mówcą takim nie był. O. Augustyn miał ten rodzaj wymowy, co przekonywa, co chwyta za serce, co dosięga najtajniejszych strun duszy ludzkiej. Przygotowywał się gruntownie do swych kazań, często je spisywał w całości, w ogóle rzucał na papier główniejsze myśli i plan kazania, ale przede wszystkim rozmyślał, modlił się i szedł na kazalnicę, nie myśląc o wrażeniu, jakie uczyni, nie troszcząc się o ludzkie środki powodzenia i o ludzkie pochwały. A jednak sam poznawał, że ta obojętność jest trudną. Ufał w pomoc łaski, pewien, że ta pomoc nigdy go nie zawiedzie, ale ta ufność nie odwodziła go od pracy, o czym świadczą stosy papierów zapisanych jego ręką. Najdzielniejszą bronią jego w kazalnicy była miłość, wielka miłość Boga i miłość dusz; tą kruszył serca i najoporniejszych często rozbrajał.

Z tą samą miłością zasiadał w konfesjonale; dla wielkich grzeszników był szczególniej dobroci nieporównanej. Przyjmował ich ż twarzą uśmiechniętą; miłosierdzie i łaskawość tchnęły ze spojrzenia, z każdego słowa. Gdy już czuł się panem położenia, nie od razu wielkich rzeczy wymagał, pomału, po trochu wprawiał do ofiar, do cnoty, ułatwiał tą wielką słodyczą zerwanie z dawnymi zwyczajami. Chwilami tak dziwny wpływ wywierał, tak potężny, a tak niezwykły wiał od niego urok, iż czuć było wyraźnie, że Bóg działa przez swoje narzędzie, że boża łaska spływa przez usta człowieka śmiertelnego.

O. Augustyn był dobrym dla wszystkich, ale był prawdziwie Ojcem dla dusz, które się pod jego kierunek oddawały. Umiał jednak połączyć łagodność ze stanowczością i nie przechylał się nigdy do praktyk pobożności więcej czułostkowych jak gruntownych. Miał pojęcie wysokie o roli i odpowiedzialności dyrektora dusz, z prawdziwym namaszczeniem brał się do dzieła, ale też wymagał posłuszeństwa zupełnego. „Bądź uległą – do jednej penitentki – a będziesz miała pokój serca, posłuszeństwo chroni od grzechu".

Przytoczymy tu słowa o dyrekcji Ojca Hermana jednej z tych dusz, które najwięcej korzystały z jego kierunku.

„O. Augustyn zupełnie innym jest w konfesjonale niż na ambonie; jest surowszy, choć niemniej pociągający. Słowo jego krótkie, zwięzłe, dziwnie silne i przenika aż do głębi duszy. W dyrekcji jest absolutny i dusza, która jego kierunkowi powierzyła się, musi umrzeć dla wszystkiego, co ziemskie, co ludzkie. W stosunkach z tymi duszami rzadko jest serdeczny, raczej stanowczy, prawie zimny. A jednak ta dyrekcja ma pewien urok, który trudno wytłumaczyć. Tak dobrze się czuje, że jest ojcem, w najzupełniejszym tego słowa znaczeniu! że interes jego dla duszy jest pełen poświęcenia, że można mu zaufać bez granic. Raz zaznawszy tego kierunku silnego i surowego, ale ojcowskiego, trudno się obejść bez niego i pomimo oddalenia szuka się go, bo dusza ojca z duszą dziecka w Bogu na zawsze zespolone!"

O. Augustyn kierował osobami najróżniejszego stanowiska i wielkie panie i proste służące. Mimo trudnych warunków, w jakich żyją osoby światowe, umiał je odrywać od marności doczesnych, a prowadzić ścieżkami doskonałości. Znajdujemy w jego listach rady następujące, dane osobie młodej i bogatej:

„Używaj rzeczy tego świata, jakoby ich nie używając, to jest nie szukając w nich smaku i przyjemności. Niech dusza twoja, twój umysł, twoja pamięć zostaną przywarte do drzwiczek Tabernakulum, skąd Jezus patrzy na ciebie. Nie bądź smutną albo nienaturalną, ale niech świat widzi, że jesteś, oderwaną od wszystkiego!..."

„Rozmyślanie jest drogą niezawodną, aby dojść do doskonałości; w rozmyślaniu uczy się dusza oderwania od świata i życia w pośród niego na kształt wygnańca, który wzdycha za ojczyzną. Najważniejszą rzeczą jest, aby nie smakować sobie w światowych przyjemnościach, a to właśnie owocem jest rozmyślania, gdyż ono nam oczy otwiera i przekonywa, jakie to wszystko błahe i jak w Jezusie samym szczęście znaleźć możemy. Zamiłowanie rzeczy ziemskich nie może zgodzić się w sercu z posiadaniem Boga miłości. On jest Panem zazdrosnym, chce sam być kochanym, upragnionym, wybranym...

...„Z punktu widzenia doskonałości lepiej być zupełnie obojętnym co do chwili, kiedy Bóg śmierć przyśle; tak umiłować wolę bożą, tak pragnąć, aby się w nas spełniła, iżby sto lat życia. lub zakończenie ziemskiej pielgrzymki dziś wieczór równe poddanie się w nas budziło...

... „Staraj się jak najmniej myśleć o strojach. Niech wszystko, co może podniecić próżność i miłość własną będzie ci obojętnym...

...„Nasze ja zanadto jest małą i nadto brzydką rzeczą, aby zwracać uwagę drugich. Nasz Zbawiciel jest tak piękny i tak pociągający, iż to prawdziwym szaleństwem być czym innym jak Nim zajętym... Myśl o Jezusie, nie zaś o sobie, a Jezus będzie o tobie myślał. Gdy się wahasz, gdyś niepewna drogi swojej, niech myśl o Nim ratuje cię. Gdy szatan pychy chce cię kusić, myśl o pokorze Jezusa, który wziął na się postać sługi i upokórz się niżej jeszcze, a będziesz na właściwym sobie miejscu. Gdy przyjdzie ci chętka wszystko porzucić, pomyśl, jak słodki Jezus, jak godny kochania, jak dobry i miłosierny, a wówczas odwaga ci powróci!"

W listach do kobiet, w świecie żyjących, Ojciec Augustyn często powraca do potrzeby unikania zbytnich strojów, próżności; gdy chodziło o nabycie cnoty pokory, wchodził w najdrobniejsze szczegóły. Ale najchętniej i najczęściej powracał do miłości Jezusa nade wszystko.

Kierownictwo Ojca Hermana było praktyczne; nie szukał dla dusz, które prowadził, dróg nadzwyczajnych.

„Powinnaś czynić – pisał – najzwyklejsze sprawy życia twego z wielką czystością intencji, oddając je wszystkie P. Jezusowi, zwłaszcza przed rozpoczęciem ich i szukając jedynie podobania się Jemu. Ta jest droga najpewniejsza: szukanie doskonałości w rzeczach zwyczajnych, w codziennym życiu...

„Co do majątku i obfitości środków materialnych o to tylko chodzi, abyś do tych rzeczy serca nie przywiązywała, bo zresztą trudno uniknąć, co przyszło bez twego wyboru, z woli Opatrzności. Przez zbytek i bogactwa trzeba przejść sercem czystym i dziękować Bogu za to, co jest darem dobroci Jego".

O. Augustyn miał specjalną łaskę do wzmacniania dusz słabych i do odrywania powoli i łagodnie od ziemi serc, które Bóg chciał wyłącznie posiadać. Umiał także nieraz jednym słowem dodać odwagi duszom dręczonym pokusami zniechęcenia lub rozpaczy. I tak razu jednego pewna zakonnica ze szpitala w Lyonie, trapiona już od lat piętnastu myślami rozpaczliwymi i pokusą opuszczenia Zgromadzenia, weszła niemal machinalnie do kościoła Karmelitów i uklękła, aby się pomodlić. Wtem widzi zakonnika przechodzącego przez kościół, zdaje jej się, że go już kiedyś widziała. Ale gdzie? chyba we śnie, gdy jej się zdało, że Bóg pomoc w udręczeniu jej zsyła. Wstaje i idzie za nim aż do konfesjonału, a po dłuższej chwili, wstaje z błogim pokojem serca i z radością, której już nigdy utracić nie miała.

O. Augustyn nigdy nie zapomniał o tej biednej duszy, którą mu Pan Bóg przyprowadził. Na trzy miesiące przed śmiercią jeszcze pisał do niej:

„Droga córko w Chrystusie! Bardzo się listem twoim ucieszyłem i głęboko przejął mnie opis kary bożej nad tymi, co sprofanowali nasz kościół.

„Dobrze robisz, że trwasz na twoim stanowisku; ileż dusz możesz zbawić pomiędzy tymi chorymi i rannymi! szczególniej, jeśli tę pracę podejmować będziesz jedynie z miłości naszego ukochanego Jezusa.... Ach, jakże On kochania godny!... Kochaj Go gorliwie, namiętnie, wydajmy się całkiem na Jego służbę, tak jak On się całkiem dla nas poświęcił, a zwłaszcza w Eucharystii i Komunii św., gdzie się duszom udziela wraz ze skarbami łask niebiańskich... Czy ci kiedy jeszcze będę mógł podać ten Chleb Anielski? nie wiem. Wszystko jest możliwym miłości Jezusa ku nam. Tymczasem, kochajmy Go co dzień, a co dzień bardziej..."

Z tym samym poświęceniem, z tym samym wylaniem O. Augustyn zajmował się duszami prostaczków, a jeśli okazywał coś podobnego do wyłączności, to raczej im, aniżeli wielkim tego świata. "Co mnie najwięcej budowało w O. Hermanie – mówiła poczciwa kobieta z Lourdes – to jego gotowość do udania się do konfesjonału, kiedykolwiek go o to proszono. Musiał niemało zadawać sobie pracy dla prostych i maluczkich, kiedy go nazywano „spowiednikiem służących".

Wiele powołań zakonnych O. Augustynowi zawdzięcza światło w chwili stanowczej i dokonanie świątobliwego zamiaru. „On to – pisał po śmierci Hermana pewien karmelita – trzynaście lat temu otworzył mi drzwi Karmelu, badając przez kilkanaście dni z największą starannością moje powołanie, wyrzekł wreszcie: „Pan Bóg cię chce mieć w Karmelu", a słowo to tak mi się głęboko w sercu wyryło, iż w różnych przeciwnościach było moją jedyną podporą".

Pewien młody człowiek ze szlacheckiej rodziny, mający niezwykle piękny głos i wysokie wykształcenie artystyczne, przywiązał się do Karmelitów i lubił zwłaszcza z O. Hermanem jeździć na misje i śpiewem w kościele przyciągać tłumy, które przy tej sposobności posłyszały słowo boże. Łaska za pośrednictwem O. Augustyna tknęła jego serce i w 34 roku życia opuścił ponęty świata i zamknął się w ciszy celki karmelitańskiej. W dalszym życiu okazał się godnym mistrza swego, odważną wolą i zakonnymi cnotami przyświecając braciom. Piękny głos jego nic nie stracił na uroku mimo surowego życia, a w oddaniu pieśni kościelnych, zwłaszcza utworów O. Hermana, nabiera osobnego dźwięku, poruszającego serca aż do głębi.

Ciasne ramy tęgo życiorysu nie mogą objąć niezliczonych dowodów gorliwości Ojca Augustyna o dusz zbawienie. Tu i owdzie wyjęte przykłady dadzą pojęcie o rozległości i o charakterystycznych cechach jego pracy apostolskiej; liczbę zaś dusz nawróconych, pocieszonych i utwierdzonych w dobrem aniołowie zapewne spisali w księdze żywota.

 

ROZDZIAŁ XVI

Apostoł Eucharystii

Wszystko, cośmy dotąd powiedzieli o wielkiej miłości Ojca Hermana dla Najśw. Sakramentu, wystarcza, aby usprawiedliwić tytuł „apostola Eucharystii", dany mu jednogłośnie; celem bowiem jego życia było uwielbienie tajemnicy Ołtarza. Od chwili, gdy łaska tknęła jego duszę i zwróciła z ścieżki bezbożnych, serce jego bić żywo poczęło dla Jezusa utajonego w Hostii i ta miłość pałająca ani na chwilę nie osłabła. Widzieliśmy, że, świeżym neofitą będąc, zaprowadzi! Stowarzyszenie Adoracji nocnej; jako zakonnik wedle sił i nad siłę pracował, aby rozkrzewić to Stowarzyszenie, aby jak najwięcej wielbicieli przysporzyć więźniowi miłości. O tym wszystkim mówiliśmy już dostatecznie; w tym rozdziale przytoczymy kilka szczegółów, które nie znalazły miejsca w ciągu opowiadania.

O. Augustyn ani jednego nie wypowiedział kazania, w którym by nie wspomniał o Najśw. Sakramencie; zobowiązał się do tego osobnym ślubem i można zapewnić, że ściśle mu był wiernym. Wszystko, co się tyczyło tej Tajemnicy, zachwycało go w niezwykły sposób; nie miał większej radości jak nową świątynię Bogu ukrytemu wystawić, jak znów nie było dlań większego bólu jak znieważenie Najśw. Sakramentu, lub świątyń pańskich.

Gdy w r. 1859 pojechał do Wildbadu na wezwanie konającego ojca zaprowadzono go dla odprawienia Mszy św. do wielkiej sali, gdzie protestanci i katolicy zarówno swoje obrządki odbywali. Z wielkim bólem serca sprawił Najśw. Ofiarę, a potem zapytał proboszcza, gdzie przechowuje Najśw. Sakrament. Biedny proboszcz zaprowadził go smutnie do pobliskiej kamienicy i tam na trzecim piętrze wskazał w zwyczajnej szafie schowanie Pana nad Pany. Na ten widok O. Augustyn zalał się łzami, padł na kolana i przez długie godziny wylewał przed upokorzonym przedmiotem miłości swojej uczucia zbolałej duszy. Nie można było ani żalu jego ukoić, ani go oderwać od tego miejsca, stokroć dlań droższego niż wszystkie skarby świata. Zmuszony wreszcie powstać, dowiedział się od proboszcza, iż ubóstwo katolików tamtejszych nie pozwalało im wystawić kaplicy. Ojciec starał się dobrem słowem dodać odwagi biednemu księdzu, a sam wyjechał z Wildbadu z mocnym postanowieniem szukania sposobów dla wystawienia tu Jezusowi nowej świątyni.

W kilka tygodni potem przemawiał z kazalnicy w Genewie. Zanim zeszedł z ambony, opisał słuchaczom stan, w jakim zastał Pana Jezusa w pewnym mieście w Niemczech; mówił z obfitości serca, więc słowa jego miały urok nieporównanej wymowy i silnie poruszyły obecnych. Zaledwie wszedł do zakrystii, staje przed nim osoba wykwintnej postaci i mówi:

„Ojcze, zechciej mi powiedzieć, w którym to mieście Pan Jezus nie ma przybytku? jestem majętną i za pomocą bożą mam zamiar wystawić tam kościół".

Pełen radości O. Augustyn dał żądane wskazówki, a wkrótce potem dowiedział się od proboszcza w Wildbad, iż kościół się buduje.

Ta wielka miłość ku Bogu utajonemu musiała oczywiście silnie przebijać w dyrekcji dawanej przez O. Hermana; gdy szczególniej odkrył w jakiej duszy ten sam święty pociąg, słowa jego lub listy były płomieniste. Oto jeden z takich listów:

„Niech żyje Jezus! Boska Eucharystia niech będzie twoim światłem, twoim ciepłem, twoją siłą, twoim życiem!

"Chciałbym, abyś tak żyła życiem Jezusa ukrytego, iżby on kierował twymi myślami, uczuciami, słowami i czynami... Chciałbym, abyś tak, jak Magdalena wylewała u stóp Jezusa łzy swoje, tak ty wynurzała przed Najśw. Sakramentem wszystkie pragnienia, uczucia, ofiary serca swego. Chciałbym, aby Eucharystia była dla ciebie ogniskiem, w którym zatopiwszy się dusza twoja, całkiem by się zapaliła miłością i poświęceniem; byś przed Tabernakulum, gdzie się Jezus wyniszcza dla nas i ty składała ofiary miłe Bogu; byś wreszcie sama stała się ofiarą miłości, „byś spłonęła jak kadzidło, którego dym aż przed tron Najwyższego się wznosi!"

Życząc to innej duszy, opisywał niechcący swój własny stosunek do Tajemnicy Ołtarza; czasem wyraźniej nadmieniał, czym była dla niego ta Tajemnica, jak na przykład w liście do siostrzenicy: „Odkąd cię pożegnałem, zamknąłem się na Pustyni, aby spędzać życie na rozmowie z Bogiem ukrytym w Ołtarzu": niemal stóp jego nie opuszczam, ani na chwilę nie czuję znużenia lub przesytu!"[24]

„Znam tylko – pisał znowu – jeden dzień piękniejszy od dnia pierwszej Komunii św., to jest dzień drugiej Komunii i tak dalej, a dalej!..."

Z tym samym uczuciem pisał na kilka miesięcy przed śmiercią:

„Chciałbym karmić się Chlebem Anielskim co chwila! to tylko znam dobre i słodkie w tym życiu!"

„Bracia moi – wołał w jednym kazaniu – zapraszam was wszystkich na tę ucztę! Odkąd do niej po raz pierwszy zasiadłem, każdy inny pokarm czczy i mdły mi się wydaje. Młodzi światowcy! ja znam wasze złudne uciechy; znam wasze świetne zebrania, po których smutek i gorycz w sercu zostaje; znam te przyjemności, za którymi gonicie i twierdzę – a musicie przyznać, że się nie mylę – iż tylko rozczarowanie i zmęczenie jest ich owocem! Odkąd Krew Chrystusowa popłynęła w moich żyłach, odkąd Bóg zamieszkał w duszy mojej, wasze wspaniałe mieszkania wydają mi się nędznymi lepiankami; odkąd promień światła padł na mnie z Tabernakulum, mądrość ludzka jest mi oczywistym szaleństwem; odkąd zasiadam na godach Barankowych, wasze uczty wydają mi się zatrute; odkąd znalazłem port zbawienia, z bólem patrzę na wasze łódki miotane przez wiatr/ i burze i wołam, proszę, błagam, przyjdźcie do bezpiecznej przystani!... jeśli chcecie mi zawierzyć, za pomocą Gwiazdy morskiej wskażę wam drogę do szczęścia!..."

Trudno suchym opowiadaniem wyrazić, czym była ta gorąca miłość O. Augustyna dla Najśw. Sakramentu, dlatego wolimy przytaczać jego pełne zapału odezwy, które lepiej malują płomienne tej duszy porywy. Ci, co go znali, wiedzą, iż gdy rozdawał przez dłuższy czas Komunię świętą, lub niósł Najśw. Sakrament, ledwo mógł wzruszenie swoje pohamować i potem opadał zupełnie z sił, jak ktoś, który przeszedł przez gwałtowne wstrząśnienie. Tłumaczył raz znaczenie tych słów: Jesus Christus hodie... „Jezus Chrystus dzisiaj – toć jest Boska Eucharystia!... Dziś jestem słaby... potrzebuję siły, która od Boga pochodzi; więc Jezus staje się pokarmem i posila mnie... to Chleb mocnych.

„Dziś jestem nędzarzem, potrzebuję schronienia, i Jezus przytula mnie do siebie... w domu jego znajduje mieszkanie!

„Dziś pragnę i łaknę, potrzebuję pokarmu, aby nasycił moje serce i umysł, potrzebuję napoju, aby się ochłodzić.... i Jezus staje się winem i chlebem: frumentum electorum et vinum germinans virgines.

„Dziś jestem chorym... potrzebuję balsamu, aby opatrzyć rany duszy mojej... i Jezus jako wonny olejek sam do serca wstępuje i osładza ból... impinguasti in oleo caput nuum; oleo laetitiae unxi eum... fundens oleum desuper.

„Dziś chcę złożyć Bogu ofiarę milą mu... i Jezus staje się ofiarą, staje się Eucharystią.

„Zbłądziłem, staje się gwiazdą moją; zniechęcony jestem, podnosi mnie; zasmuciłem się, pociesza mnie; osamotnionym się czuję, przychodzi zamieszkać przy mnie; umysł mój waha się i błądzi, on mnie naucza i oświeca; a nade wszystko, tęskno mi, potrzeba mi miłości, Jezus daje mi największy dowód miłości! utaja się pod nikłą i przystępną Postacią, schodzi z Nieba na wołanie moje i pociąga mnie, zanurza w oceanie miłości i słodkiego upojenia!..."

Ta miłość do Najśw. Sakramentu odzywała się co chwila u O. Augustyna, nie tylko w listach duchownych i kazaniach, ale nawet w rozmowie potocznej. Raz przy końcu obiadu podawano mu miodu. „Nie bardzo miód lubię – rzekł – ale biorę go chętnie, bo to figura Boskiej Eucharystii!"

Innym razem chwalili przed nim dzieło jakiegoś protestanta; niektórzy jednak utrzymywali, że jest suchy, zimny. „Jakżeż chcecie, aby było inaczej – zawołał O. Augustyn – toć on nigdy nie przyjął Tego, który rozgrzewa dusze nasze!..."

Na krótki czas przed śmiercią znajdował się nasz Ojciec w pośród rodziny nawróconej na katolicyzm, niedaleko Genewy. Wśród podniosłej atmosfery, między sercami rozumiejącymi jego własne serce, chętnie oddawał się poufnej pogawędce. Mówiono o śmierci: „Co do mnie – rzekł O. Herman – wolałbym umrzeć dziś jak jutro; bo dziś przyjąłem p. Jezusa, a nie wiem, czy jutro będę go mógł przyjąć".

Szczególniejszą czcią i miłością otaczał Świętych, którzy się odznaczali osobliwszą miłością do Najśw. Sakramentu. Widzieliśmy, z jaką radością witał w Belgii miejsca, uświęcone objawieniem się P. Jezusa św. Juliannie. W Saintes żył wspomnieniem świątobliwej dziewicy Maryi Eustelli, która – rzec można – spłonęła z miłości przed ołtarzem. Gdy rozpoczętą została sprawa jej kanonizacji, wiadomość tę przyjął O. Augustyn z największą radością. „Pisma jej dostały mi się po raz pierwszy do rąk – pisze w r. 1850 – gdym był jeszcze w nowicjacie. Im więcej wczytywałem się w nie, tym lepiej rozumiałem serce, z którego wyszły te gorące westchnienia; czułem, że daleko bogatszy był skarb jej uczuć, aniżeli to, co była w stanie wypowiedzieć!' Te same słowa możemy my do O. Augustyna zastosować; wszystko, co mówi o swej miłości do Jezusa utajonego, jest niczym wobec tego, co serce jego czuje.

Aby dobrze poznać O. Augustyna, trzeba go było widzieć przy Ołtarzu; tam twarz jego zawsze jasna i pogodna przybierała wyraz nadziemski; można go było porównać tylko z proboszczem z Ars.[25]

Cokolwiek przypominało miłość Zbawiciela dla ludzi, unosiło go święta radością. Kilkakrotnie jeździł do Paray-le-Monial i dawał tam rekolekcje. Dobrze mu było w tym kościele, gdzie P. Jezus objawił świętej powiernicy swojej tajemnice Najsłodszego Serca i doznawał tam niezwykłych pociech i rozkoszy duchownych.

Strażniczki tego świętego miejsca, zakonnice Nawiedzenia, witały zawsze z radością gorliwego Karmelitę i oceniały, jak należało, jego porywającą dla dusz pobożnych wymowę. Po rekolekcjach z r. 1861 pisała jedna z zakonnic: „Niepodobna mi wyrazić, jakie wrażenie gorące słowo O. Augustyna czyniło na nas, szczególniej gdy się zwracał do Jezusa w Hostii utajonego, do tego Jezusa, którego Imię co chwila miał na ustach z wdziękiem i uczuciem nieokreślonym.

Zazdrość brała patrzeć na takie zjednoczenie serc Mistrza i ucznia!" Podczas tych rekolekcji jedna z Sióstr zapytała Ojca, co uczuł przy odprawianiu pierwszy raz Mszy św. „ Com ja uczuł – rzekł – tak było silne moje wzruszenie przy dotykaniu Boga rękami moimi, iż ciało nie zniosło tego wstrząśnienia; od tej chwili jestem zawsze chory!"

W r. 1866 został zaproszony z kazaniami podczas Triduum beatyfikacji błog. Małgorzaty Marii do Paray. „Po Triduum – pisze przełożona Wizytek – dał nam pięć dni rekolekcji z wielkim pożytkiem dla dusz naszych. Wszystkie nauki miały jeden cel: rozbudzić miłość do Najśw. Sakramentu. Było coś natchnionego w jego słowie. W tych drugich odwiedzinach O. Hermana mogłyśmy zauważyć jak wielkie czynił postępy na drodze cnoty; pokora jego zwłaszcza była zdumiewająca. Twierdzę śmiało, że przykład, jaki nam dawał, nie mniej nam pomagał do dobrego jak nauki".

Pamięta czytelnik z czasów nowicjackich O. Augustyna, jak żywe było jego nabożeństwo do Dzieciątka Jezus. Przebija ono często w korespondencji Hermana. Pisze raz do S. M. Pauliny te wpół żartobliwe, wpół rzewne wyrazy:

„Życzę Wam, by Dzieciątko Jezus tak serca wasze rozpaliło miłością, iżby się one na popiół rozsypały! To rozkoszne Dzieciątko zaprawdę głowę nam zawróciło i do szaleństwa doprowadza! To łowczy nie lada! jak mądrze sieci zastawia i serca nasze porywa! obyśmy ich nigdy nie odebrali! Ach! dojdźmyż do utraty rozumu dla Jezusa! czyż On dla nas nie czynił szaleństw? czyńmyż to samo".

Szaleństwo Żłóbka, szaleństwo Krzyża, a nade wszystko niepojęta miłość Jezusa-Więźnia w Ołtarzach naszych nie przestały zdumiewać O. Augustyna aż do ostatniej chwili jego życia i pobudzać do tych gorących westchnień, do tych pobożnych uniesień, które duszę jego podnosiły w inne, nadziemskie sfery.

Obyśmy i my w dalekim zetknięciu z tym pełnym żaru sercem poczuli nasze serca poruszone do tkliwszej miłości Jezusa!

 

 

ROZDZIAŁ XVII

Nabożeństwo do Najświętszej Panny i Świętych. Miłość dla Kościoła

Ojciec Augustyn miał do Najśw. Panny serdeczne, dziecięce nabożeństwo:

„Niech będą na wieki wychwalone – wołał raz przy zaczęciu Majowego nabożeństwa – Imiona Jezusa i Maryi! Jezus i Maryja przyciągnęli mnie do siebie! Maryja zaprowadziła mnie do Jezusa, Maryja dała mi Jezusa! Ukazała mi Eucharystię, a Eucharystia taki potężny urok na mnie rzuciła, iż odtąd już tylko dla Jezusa i Maryi żyć chciałem! tak! jestem zakonnikiem Maryi, a kapłanem Jezusa!"

Zauważał chętnie, iż początek jego nawrócenia jak również siostry i małego Jerzego miały miejsce w miesiącu Matki Boskiej, w maju.

O. Augustyn był jednym z pierwszych pielgrzymów do groty ubłogosławionej objawieniami Najśw. Panny w Lourdes. Było to w końcu r. 1858, w parę miesięcy po cudownych zjawiskach. Władze miejscowe zaniepokojone zakazały ludności gromadzić się w koło źródła i w swej wolnomyślnej zarozumiałości przypuszczały, że prześladowaniem i szykaną położą tamę objawom miłosierdzia bożego z jednej strony, a pobożnemu zapałowi wiernych z drugiej. O. Augustyn, który by! wówczas w Tarasteks, nie dał się zastraszyć wobec policyjnych weksacji i wraz z proboszczem pojechał do Lourdes. Stanąwszy u zacnego ks. Peyramale, nie bez trudności otrzymali od wójta pozwolenie odwiedzenia groty z zastrzeżeniem, iż to ma się odbyć przed pierwszym brzaskiem dnia.

„O godz. 3 z rana odprawiwszy Mszę świętą – pisze ks. Roziès – poszliśmy do cudownego miejsca, ciemność jeszcze zalegała ziemię, ale już spotykaliśmy gromadki ludzi powracających z różańcem w ręku od źródła, niosących dzbanki cudownej wody.

„Od miesiąca cierpiałem na silną newralgię w głowie, O. Augustyn zaś cierpiał na serce; pomodliliśmy się, obmyliśmy części ciała dotknięte wodą ze źródła i ból natychmiast ustąpił.

"Powróciliśmy do wioski, aby zobaczyć osoby uzdrowione przy źródle; pomiędzy tymi był biedny człowiek, który wskutek utraty oka przez dwa lata doznawał dolegliwych cierpień, po obmyciu twarzy wodą cudowną cierpienia zupełnie ustały. Mówił nam ten człowiek, iż od tego czasu często chodzi do groty dziękować Najśw, Pannie za wyzdrowienie i że ostatnim razem, gdy tam był, słyszał w otworze skały jakieś dziwne, niezmiernie melodyjne odgłosy dzwonów. „A wiesz, mój przyjacielu, co to znaczy? – rzekł na to O. Augustyn - Oto na tym miejscu wybudują kościół i O. Herman będzie w nim Mszę św. odprawiał! – „Daj to Boże! – zawołał poczciwy wieśniak – i tego dnia pójdę do Ojca do spowiedzi!"

„Za powrotem do probostwa zastaliśmy ciekawe gromadki po drodze, wyglądające naszego przybycia. O. Augustyn przemówił do nich kilka słów: „Szczęśliwy ludzie! Matka Boska uczyniła wam wielkie łaski! Łaskawym okiem spojrzała na waszą miłość ku niej, boć rzeczywiście mało widziałem kościołów, świadczących tyle o nabożeństwie ku Maryi, ile wasz kościół! przy każdym ołtarzu jakieś przypomnienie z Jej życia! Bądźcie Jej wierni, a łaski Jej nie ustaną i coraz pomnażać się będą!"

„Po długiej rozmowie z Bernardettą powróciliśmy do domu najzupełniej przekonani o prawdziwości objawień i cudów".

Wiemy z dalszego życia O. Augustyna, iż o Lourdes nie zapominał i zawsze zachował żywą wdzięczność dla Matki Najśw. za łaski tam odebrane. Pisywał nieraz do przyjaciół w Pirenejach, polecając się modlitwom przy grocie, sprowadzał wodę cudowną i troszczył się o dalsze losy Bernardetty; ucieszył się bardzo, dowiedziawszy się, iż wstąpiła do klasztoru, lękał się bowiem, iż otoczona takim rozgłosem, utracić może łatwo prostotę i pokorę.

W Anglii, gdzie widzieliśmy przez kilka lat gorliwą pracę O. Augustyna, przyczynił się niezmiernie do rozszerzenia nabożeństwa ku Najśw. Pannie. W mowie na kongresie katolickim w Malines, wyżej już przytoczonej, szeroko o tym nabożeństwie mówi, zamilczając jednak o własnych zasługach, a przypisując wszystko, co dotąd Anglia uczyniła dla czci Matki Najświętszej, pracy kardynała Wisemanna i Ojców Towarzystwa Jezusowego.

Oto odnośny ustęp tej mowy:

"Jęcząc pod ciężkim jarzmem prześladowania, katolicy angielscy, którzy przechowali byli skarb wiary, nie śmieli jednak zewnętrznymi oznakami nabożeństwa zadość uczynić potrzebom serca. Nawet po emancypacji katolików ani Najświętszy Sakrament ołtarza, ani Matka Zbawiciela nie odbierali czci zewnętrznej od wiernych z obawy wyśmiania i szyderstwa heretyków. Nie znano w tym biednym kraju częstej Komunii św. Ani jeden posąg Matki Bożej nie rozweselał po kościołach oka duszy pobożnej. Gdy kardynał Wisemann, wówczas młodym będąc księdzem, wysławiał na kazaniu cnotę i chwałę Maryi, winszowano mu tej odwagi, mówiąc, iż od niepamiętnych czasów nikt z ambony o Najśw. Pannie nie mówił... To milczenie było rzeczą przyjętą, wydawało się rzeczą konieczną. Dziś... ach! jakże inaczej! jakże słodko zakonnikowi Maryi móc zawołać: Ufajmy! ufajmy, że wiara ten kraj zdobędzie na powrót, gdyż Matka Najśw. odzyskała swe prawa na ziemi zwanej dawniej „wianem Maryi!" Ta szczęśliwa zmiana datuje się od chwili, gdy kardynał Wisemann wziął ster rządu kościoła w Anglii i gdy Ojcowie Jezuici przyszli mu dzielną dłonią w pomoc.

"Dziś, moi panowie, jeśli praca apostolska w Anglii wyciska jeszcze krwawe krople potu z czoła kapłana, to z drugiej strony przytyka on już usta do kielicha pociechy. A będzie to na zawsze chwałą Towarzystwa Jezusowego, iż nie ustąpiło z tej ziemi wówczas, gdy straszne prześladowanie zgładziło niemal do imienia zastęp księży angielskich, ono ustrzegło iskrę tlejącą pod popiołem, ono wiarę utrzymało w tym nieszczęsnym kraju. Cześć tym dzielnym żołnierzom Chrystusowym! Gdy w czasie dwustu lat tułaczki i uciemiężenia katolicy angielscy na całej powierzchni ziemi Albionu liczyli zaledwie stu księży, połowa tej liczby stale należała do Towarzystwa Jezusowego!

„Obecny dom tego Zakonu w Londynie powstał w/roku 1845. Natychmiast wystawili w swym kościele statuę Niepokalanego poczęcia Najśw. Panny.

„Wkrótce potem, na trzynaście diecezji nowo erygowanych, dwanaście zostało oddanych pod wyłączne opieką Matki Bożej.

„Dziś nabożeństwo Majowe odprawia się we wszystkich świątyniach katolickich. Powstały na powrót bractwa Różańca, Szkaplerza, Serca Maryi.

„Wiem, że dają się słyszeć głosy radzące więcej oględności w rozszerzaniu nabożeństwa do Maryi z powodu chłodniejszego usposobienia natury angielskiej... jak gdyby kto inny jak Maryja miał wytępić wszystkie herezje!... jak gdyby można dopuścić się przesady w tym, w czym Bóg sam niejako się przesadził!... Bo przyznajmy! czy najgorętsza miłość katolików może więcej dla Najśw. Panny zrobić, niż Bóg sam dla Jej chwały uczynił? Jak gdyby – dajmy jeden przykład – bractwo Szkaplerza św. nie było na swoim miejscu na tej ziemi, gdzie Matka Boża objawiła je jednemu właśnie ze synów tej ziemi?...

„Ojciec Faber ów wielki, nieodżałowanej pamięci apostoł Anglii i przedziwny pisarz ascetyczny, nie byłby radził podobnych ostrożności, on, który pisał: „Jeśli heretycy u nas nie nawracają się, to pochodzi stąd, iż za mało w kazalnicach mówią o Matce Bożej; Jezus nie jest kochany, gdyż o Maryi zapominają. Ostatni krzyk jego, śpiew łabędzi tej pięknej duszy, było napominanie księży angielskich, aby rozszerzali nabożeństwo do Najśw. Panny, jako potężną dźwignię zbawienia i nawrócenia kacerzy!"

Skądinąd wiemy, ile do niezaprzeczonych zasług kardynała Wisemanna i Jezuitów przyczyniła się praca apostolska O. Augustyna w rozkrzewieniu wiary świętej i miłości ku Maryi, na długo odłogiem leżącej ziemi angielskiej, ale Święci mają to do siebie, iż nigdy własnych zasług nie widzą.

Pytano raz O. Augustyna, czy mu się nie uprzykrzyły hołdy oddawane jego osobie. „Bynajmniej – odrzekł – zawsze mnie, owszem, wzruszają. Co prawda nie odnoszę ich nigdy do swojej osoby, ale do Najśw. Panny, której sukienkę noszę. Jej wszystko oddaję, nawet moje Komunie św., gdyż Ją proszę, aby przyszła do mego serca przyjąć Jezusa!"

„O Maryjo! – wołał raz w kazaniu – gdy Ty mi dajesz Boga mego, ja opuszczam ziemską matkę, a idę za Tobą, idę na ziemię Karmelu mlekiem i miodem płynącą! Już innej Matki mieć nie będę, jak Matkę Jezusa w Hostii utajonego!

„Kocham Cię, o Maryjo! Ty mi bądź towarzyszką w podróży życia jako arka przymierza, jako brama niebieska, jak pocieszycielka w utrapieniach... Ale, o Matko moja niebieska! nie zapominaj, że dla Ciebie opuściłem matkę na ziemi! ona jest, jak Ty byłaś, córką Jakuba... zmiłuj się nad nią i nie opuść jej!"

Wiemy już także o nabożeństwie O. Augustyna do św. Józefa. We wszystkich fundacjach, które przeprowadził, jemu polecał z największą ufnością dostarczanie środków i spłacanie długów; wielki Opiekun Najśw. Rodziny nigdy nie zawiódł oczekiwania sługi swego i mógł ze św. Teresą powtórzyć, iż „Św. Józef nie odmawia prośby zaniesionej do stóp jego!" Miał zresztą bardzo dobry sposób zaskarbienia sobie łask św. Józefa: oto, sam nigdy nie odmawiał, o co go proszono w imię tego św. Patriarchy, jeśli tylko to było w jego mocy.

Razu pewnego przyjechał do miejsca, gdzie jego brat w Zakonie, O. Karol, dawał misję. Proboszcz miejscowy prosił O. Augustyna, aby wziął udział w konkluzji, na co się tenże chętnie zgodził. Chciał jednak coś więcej: oto, aby wymowny kaznodzieja sam do ludu przemówił, na to jednak O. Augustyn w żaden sposób zgodzić się nie chciał. Zasmucony proboszcz skarży się przed O. Karolem: „Nie zniechęcaj się – rzecze – proś go w imię św. Józefa, a z pewnością będzie kazał!" – Tak się też stało; na imię wielkiego Patriarchy O. Augustyn natychmiast ustąpił, wygłosił upragnione przez wszystkich kazanie, ale zapewne musiał mu to św. Józef dobrze zapłacić.

Co roku w marcu lub w sam dzień św. Józefa Ojciec przybrany P. Jezusa cieszył dziwnie swego pobożnego sługę, przyprowadzając do nóg jego jakiego zatwardziałego grzesznika.

Dowodem, jak O. Augustyn kochał świętych reformatorów swego Zakonu, św. Teresę i św. Jana od Krzyża było, iż ciągle czytywał ich pisma i jak najczęściej cytował w swych kazaniach. Miał także osobliwą cześć i pociąg do św. Franciszka Salezego i św. Joanny de Chantal i wyznawał, że niejednokrotnie otrzymał przez pośrednictwo tych dwóch świętych wielkie łaski. W roku 1869 podpisał z wielką radością prośbę do Stolicy św. o ogłoszenie św. Franciszka Salezego Doktorem Kościoła.

Św. Teresa powtarzała często córkom swoim: „Kochajcie Kościół! kochajcie Kościół!"

O. Augustyn okazał się i pod tym względem godnym synem Dziewicy z Avili. Głęboko odczuwał rany i zelżywości, które krwawiły serce matki naszej Kościoła Chrystusowego, a wojna podła w swej chytrości, wytoczona Namiestnikowi bożemu, oburzała najszlachetniejsze i najgorętsze uczucie jego duszy. Stanął sam do walki odpornej, gdy pod jego wpływem i radą utworzył się w Lyonie „Komitet ku obronie Ojca świętego", później szybko i w innych miastach zawiązany. Z łona tego komitetu wyszedł ów sławny adres, podpisany przez sto tysięcy mieszkańców Lyonu, stający w obronie praw doczesnych Ojca św.; z łona jego również wielu męczenników dobrej sprawy poszło życie położyć pod Castelfidardo i zagrzał się zapał katolików dla Ojca chrześcijaństwa.

O. Augustyn znajdował się w Awignonie 10 Listopada 1860 r., gdy miano tam odprawić publiczne nabożeństwo dziękczynne za wyratowanie pięciu młodzieńców tego miasta przy klęsce pod Castelfidardo. Uproszono naszego karmelitę, aby przemówił do zebranych tłumów, a uczynił to z taką wymową, iż zapał był nieopisany; była to improwizacja, ale zażądano od O. Augustyna, iżby ją spisał z pamięci, i rozprzedano na korzyść świętopietrza.

„Niechże oddadzą – wołał – co Chrystusowego, Chrystusowi! niech oddadzą dziedzictwo Piotrowe, własność dwukroć milionów katolików Kościołowi. O cóżbym dał za to, gdyby tu w moje miejsce mógł stanąć mnich z dawnych czasów, mnich dość potężny świętością życia, by poruszył świat cały przeciwko nieprzyjaciołom Kościoła i głośnym okrzykiem: Bóg tak chce! Bóg tak chce! zebrał krucjatę na obronę Namiestnika Chrystusowego!

... „Oddajmy dzięki Bogu za ocalenie naszych pięciu bohaterów, ale dziękujmy więcej jeszcze dla siebie niż d l a n i c h. Czyż oni nie byliby szczęśliwsi, gdyby życie byli położyli w obronie Ojca św.? czyż nie dana i innych bohaterów tej krwawej potyczki?... ale nam jest radośnie odzyskać ich za szczególną pomocą bożą i Najśw. Panny; nam zbawiennie rany ich oglądać i całować z uszanowaniem, by się zagrzać do lepszego spełniania obowiązków względem Kościoła, by się ocknąć ze zgubnego letargu!"

Rząd francuski, potajemnie związany z włoskim, bardzo niechętnym okiem patrzał na ten silny prąd zwracający umysły i serca ku Stolicy Piotrowej. Aby go zatrzymać, ogłoszono zakazy i nakazy tamujące działanie episkopatu i duchowieństwa, krępujące współudział wiernych w obronie Papieża. Między innymi wyszedł surowy zakaz, aby z kazalnicy księża żadnej wzmianki nie robili o politycznych wydarzeniach we Włoszech. Mowa Ojca Augustyna zwróciła uwagę rządu i mogła na niego ściągnąć prześladowanie, ale nie był on z tych małodusznych, co się cofają przed spełnieniem obowiązku. Dał tego dowód wkrótce potem. Podczas krótkiego pobytu w Paryżu został zaproszony z kazaniem do kościoła św. Sulpicjusza. I tu, pod okiem nieprzyjaznego rządu, nie sądził, aby mu wolno było zamilczeć o boleści serca katolickiego wobec uciemiężenia Stolicy świętej. Dawszy folgę uczuciom słusznego oburzenia i głębokiego żalu, zachęcił wiernych, aby jak najściślej gromadzili się w koło Ojca chrześcijaństwa, zdradzonego przez swoich i prześladowanego przez tych, którzy opieką powinni go byli otaczać.

Nazajutrz po tym kazaniu ostrzeżono O. Augustyna, iż zostanie mu zabronione głoszenie słowa bożego, jeśli nadal tykać będzie zakazanych kwestii. „Umilknę – odrzekł O. Augustyn – gdy wręcz zakaz taki odbiorę, ale póki mówić mogę, nikt mnie nie zmusi milczeć o tym, o czym mówić powinienem!"

Dla osoby Piusa IX. miał cześć i przywiązanie synowskie. Pięć razy był w Rzymie i za każdym razem garnął się skwapliwie do stóp ukochanego papieża. Kilka razy z rąk jego przyjmował Komunię św. zawsze z głębokim wzruszeniem. „Zdawało, mi się – mówił – iż będę w ściślejszym obcowaniu z Kościołem bożym, gdy z rąk Chrystusowego zastępcy przyjmę Chleb Żywota. Byłbym chciał w tej chwili uczynić gorącą miłością serca mego akt zadośćuczynienia za wszystkie zniewagi, którymi jest przesycony, i wiara moja uznawała Jezusa Chrystusa obecnego niewidzialnie w Hostii świętej, a widzialnie w swym Namiestniku na ziemi. Tak jak niegdyś Zbawiciela Pana, tak teraz Jego zastępcę poją żółcią i octem, wzgardą i zelżywością obrzucają. On zaś w zamian za takie krzywdy zatapiał w Hostii przenajświętszej wzrok pełen miłości.... miłości ku Jezusowi i miłości ku prześladowcom... Modlił się dopiero co przy Mszy św. za nieprzyjaciół!..."

Każąc w Rzymie w r. 1862, w francuskim kościele św. Ludwika, wygłosił O. Augustyn to piękne wyznanie miłości i uległości Kościołowi:

„I ja także pospieszyłem do Rzymu, aby głos mój zmieszać z głosami tysięcy, które się ujmują za nieprzedawnionymi prawami Chrystusa Pana na ziemi! I ja tu przyszedłem, aby oglądać oblicze Namiestnika Chrystusowego i zbliżyć się do Oblubienicy Chrystusa, Kościoła świętego! I ja przybiegłem, aby usłyszeć głos Słowa Przedwiecznego, odzywający się przez usta Piotrowe, gdyż Piotrowi to Pan powiedział: „Kto was słucha, mnie słucha!" I głos ten doleciał spragnionych uszów moich, i ugiąłem kolana, i odebrałem błogosławieństwo Chrystusa, udzielone mi ręką najwyższego Pasterza!"

Zwołanie Soboru watykańskiego napełniło radością serce Ojca Augustyna; spodziewał się po jego dobrych skutkach nie tylko nowego blasku dla Kościoła, ale i odnowienia społeczeństwa, na coraz zgubniejsze tory wkraczającego. Gdy pomiędzy katolikami kwestia nieomylności obudziła żywe spory, gorliwy syn Kościoła, dotknięty aż do głębi, żarliwszą modlitwą, surowszym, umartwieniem staraj się ściągnąć z nieba Jaski uspokojenia umysłów, zjednoczenia serc. Czuł się do tego zobowiązanym nie tylko popędem osobistym, ale jako uczeń Reformatorki Karmelu. „Św. Teresa chce – pisze do przyjaciela – abyśmy przez nasze modły i naszym dążeniem ku doskonałości podtrzymywali filary Kościoła bożego i otrzymywali dla nich światło i siłę. Możemy więc, nie jadąc do Rzymu, przydać się Soborowi, jeśli w uniesieniu gorącej miłości oddamy Bogu na tę intencję prace nasze i siebie samych. Dowiedziałam się w mej samotni z boleścią wielką o opozycji niektórych dygnitarzy kościelnych; tym więcej trzeba nam ze siebie uczynić ofiarę!"[26]

 

ROZDZIAŁ XVIII

Cnoty O. Augustyna

Jeden z Braci zakonnych i towarzyszy O. Augustyna wydał o nim sąd następujący: "Zdaje mi się iż O. Herman posiadał wszystkie cnoty w stopniu znakomitym, a nawet heroicznym".

Zdaje nam się, iż czytelnik tego życiorysu przychyli się chętnie do tego sądu. Cnota wzrasta w miarę walki, a nie brakło pola do walki naszemu zakonnikowi! Wprawdzie chwila nawrócenia przemieniła go w innego człowieka ale natura żyła jeszcze i długo, do śmierci, dawała Hermanowi okazje do zwycięstwa. Popędy charakteru gwałtownego, absolutnego budziły się często; dawne zwyczaje nie dały łatwo o sobie zapomnieć, ale silna wiara neofity, niezłomna wola dążenia do doskonałości chrześcijańskiej, a nade wszystko gorąca miłość ku Chrystusowi Panu łamały zapory jedne po drugich i dopomogły O. Augustynowi do tego zwycięskiego pochodu aż na wyżyny cnoty, aż na szczyty zaparcia siebie zupełnego i oddania się na służbę i chwałę bożą bez podziału.

Jakiejże broni używał neofita a później zakonnik, aby dojść do takich rezultatów? przede wszystkim modlitwy. Od pierwszej chwili nawrócenia począł czerpać w rozmowie z Bogiem ową siłę, której mu wówczas tak potrzeba było. W dzienniczku spisywanym co wieczór, widzimy, iż młodzieniec światowy, zajęty tyloma jeszcze obowiązkami, dwa razy dziennie odprawiał rozmyślanie. Ta modlitwa częsta, odważna, gorąca wybiła na nim od pierwszej chwili znamię prawdziwego ucznia Chrystusowego. W Zakonie ów dar modlitwy wzrastał w miarę wierności i męstwa nowicjusza, później kapłana. Przeor w Tarasteks mówił o O. Augustynie, iż był podniesionym do bardzo wysokiej modlitwy, nawet do zachwycenia, „ale zwłaszcza wobec Najśw. Sakramentu – pisze ten Ojciec – odchodził niemal od siebie w pobożnych uniesieniach. Godziny całe spędzał u stóp Jezusa utajonego, a w takich chwilach odbierał wiele oświeceń dla umysłu i pociech dla serca".

Drugą bronią w walce z duchem ciemności i ze sobą samym było jak najwierniejsze spełnienie ślubów zakonnych. W posłuszeństwie O. Augustyn celował. Jeden z jego przełożonych oddaje mu to świadectwo: „co było prawdziwie podziwienia godnym w życiu O. Augustyna, to jego posłuszeństwo. Miał także we wszystkim, co czynił, najczystsze intencje; wszystko dla Jezusa! oto jego hasło!"

Już w pierwszych dniach nowicjatu pisał: „Posłuszeństwo będzie zawsze moją ukochaną cnotą, gdyż to najpewniejsza droga, aby spełnić wolę bożą.... ta cnota czyni nas nieomylnymi...."

Posłuszeństwo zakonne zresztą nie jest niewolą; zakonnik widzi Boga w osobie przełożonego swego i do Boga odnosi akty zaparcia się woli własnej, czasem tak przykre dla natury. Zdarza się, że najmłodszy z podwładnych zostaje przełożonym dawnego swego zwierzchnika, ale dla posłusznego zakonnika nie stanowi to żadnej trudności; i O. Augustyn, którego prace apostolskie tak wielki rozgłos miały, który założył był kilka klasztorów, którego się radzono jak wyroczni, wobec przełożonych swoich był uległy jak nowicjusz. Oto co mówi o nim prowincjał Zakonu:

„O. Augustyn zajmował chwilowo w r. 1858 urząd mistrza nowicjatu, później jeden z jego nowicjuszów został prowincjałem, a świątobliwy nasz zakonnik otaczał go największym uszanowaniem; klęcząc zdawał mu sprawę z wewnętrznego życia swego i każde słowo z ust jego chwytał jak gdyby z ust samego Boga pochodzące".

Gdy w r. 1851 spisywał młody nowicjusz z woli przełożonych dzieje swego życia, nie dał tym kartkom innego tytułu jak: Posłuszeństwo.

Ta doskonała uległość pochodziła niewątpliwie z ducha wiary, ale także z pokory.

Razu pewnego rozmawiał z kilkoma osobami o niebie i o radościach wieczności szczęśliwej. „Módlcie się za mnie, abym się tam dostał!" – rzekł O. Augustyn. Na to roześmialiśmy się, opowiada jeden ze świadków rozmowy. „Ach! – mówił dalej Ojciec – ile razy wsiadam do wagonu, mówię sobie, żem jeszcze nie gotów na podróż wieczności! Wszystko bowiem zależy od łask odebranych; u mnie mała niewierność jest większą winą niż u innych ciężkie grzechy!"

„Ale przynajmniej pokora Ojca z pewnością go zbawi!" – Ojciec spoważniał. „Nie byłem nigdy pokornym" – rzeki smutno.

Przypomniano mu wówczas, ile dusz do Boga przyprowadził. „Judasz cuda czynił – odpowiedział. Wiem dobrze, iż Bóg mnie wybrał, aby wielu duszom dopomóc, ale w tym tak postąpił jak człowiek, któryby z podłej gliny ulepił naczynia i napełnił je kosztownym płynem, a poczęstowawszy swoich przyjaciół, rozbił naczynie. Któż mi zaręczy, iż Bóg używszy mnie dla dobra dusz, nie odrzuci mnie potem jako nikczemne narzędzie?... Trzeba zawsze się obawiać; święci zakonnicy upadli; ja drżę z przestrachu, gdyż sam ze siebie niczym jestem i nic nie mogę!"

Jeszcze jeden z przełożonych jego – a te świadectwa najwiarygodniejsze – tak mówi: „O. Augustyn, z którym miałem długie i bardzo bliskie stosunki, zadziwiał mnie niesłychaną delikatnością sumienia i dziecinną prostotą, gdy zdawał sprawę z życia wewnętrznego. Miał jednak skłonność do przesadzania swych win lub niedoskonałości, co jest zwykłą cechą dusz pokornych".

Prostota, pewna prawość duszy, owe córki pokory, to były cnoty ulubione O. Augustyna; nie zaniedbywał jednak roztropności i przezorności, gdy chodziło o przeprowadzenie spraw ku chwale bożej, umiał wtedy połączyć mądrość węża z prostotą gołębicy, ale w stosunkach codziennego życia chętnie byt tylko gołębicą, a zwłaszcza z przełożonymi.

„Kochałem Hermana całym sercem - pisał Ludwik Veuillot po jego śmierci – kochałem go i podziwiałem. Ileż on miał prostoty, swobody ducha, pokory, zamiłowania wszystkiego, co piękne i dobre! Za łaską bożą często go widywałem i przez kilka lal we wszystkich moich podróżach miałem szczęście go spotykać, zawsze nowy jakiś dowód jego cnoty mnie budował!"

O. Augustyn we wszystkim o sobie zapominał; chwała boża, dobro dusz, to były zwykłe pobudki jego myśli, uczuć i uczynków. Prawdziwie zamarł był sobie samemu. Własna osobistość dla niego nie egzystowała, uważał się za narzędzie boże, nie miał i woli własnej: przełożeni, reguła nim rozporządzali. A jednak łatwo zrozumieć, ile reguła musiała być w początkach przykrą dla natury tak przyzwyczajonej do samowoli jak Hermana, dla fantazji tak rozbujałej, tak nie znającej pętów! Bracia zakonni zaś świadczą, iż budował wszystkich akuratnością w zachowaniu reguły, nawet niektórzy twierdzili, iż przesadzał w niektórych punktach, ale ta gorliwość wypływała z wielkiej, ofiarnej miłości ku Bogu; wszyscy dobrzy zakonnicy kochali go i podziwiali.

Najlepszym dowodem pracy wewnętrznej O. Hermana było, iż ktokolwiek go znał, a widywał co lat kilka, uderzony bywał postępami tej mężnej duszy. Łaska mu wiele dała w chwili nawrócenia i Chrztu św.; ale zostawiła wielkie pole do pracy osobistej i w miarę wierności tej łasce, w miarę odważnych, codziennych usiłowań O. Augustyn wyrównywał ostrości charakteru, popędy namiętnej natury, a nabywał słodkie, ciche cnoty Chrystusowe, łagodność, umiarkowanie, cierpliwość i miłość obejmującą wszystkich.

Człowiek tak oderwany od ziemi bez trudności spełniał czwarty ślub karmelity, obowiązujący zakonników do unikania godności i wyniesień; O. Augustyn kilkakrotnie był przeorem, ale nigdy nie czuł się szczęśliwszym jak, kiedy ten ciężar zdejmowano z jego ramion. Rozumiał zresztą, iż nie był stworzonym do piastowania przełożeństwa, wymagającego życia spokojnego, regularnego i więcej zamkniętego. On przede wszystkim był apostołem i tak pociąg łaski jak siła okoliczności kazały mu wylewać się na zewnątrz w pracy i ruchu nieustannym.

Ojciec Augustyn czuł w sobie i pociąg i zdolność w dwóch kierunkach wręcz przeciwnych: pragnął walczyć na otwartym polu i dusze zdobywać dla Boga, a więcej jeszcze pragnął i łaknął odosobnienia od ludzi i samotni z Bogiem. Pierwsze było potrzebą jego gorliwości, drugie wynikiem rozmiłowania się w modlitwie, w obcowaniu z Bogiem ukrytym. Powiedział raz o sobie: „Czy wiecie, że jest niejakie podobieństwo między św. Pawłem a mną! Najprzód, on był żydem i ja także. Następnie, sam wyznaje, że jego młodość była burzliwą, i moja również. Mógłbym dodać pomimo wielkiej nędzy mojej, iż od chwili, gdy mnie Bóg pociągnął, tak jak Apostoł, już się w tył nie obejrzałem! Ale oto w czym największe podobieństwo: Św. Paweł mówi: Ja sadzę, ale inni podlewają... Bóg bowiem przerzucał go z miejsca na miejsce, nigdzie nie dozwalając dłużej się zatrzymać; zakładał kościoły, nawracał dusze, ale wnet oddawał rozpoczęte prace w inne ręce i biegł dalej... Tak samo ze mną, na mniejszą skalę... Mam nieco energii aby zacząć dzieło; zaledwie zaś zaczęte, Pan Jezus każe porzucić i iść dalej. Zostaw innym, mówi niejako, przyjemność zbierania owoców.... porzuć Lyon, Bagnères, Londyn.... biegnij do innej pracy. I tak to – kończył żartobliwie – pomimo mego nawrócenia zostałem na zawsze Żydem-tułaczem!"

Przy tym ciągłym przełamywaniu się doszedł był Ojciec Augustyn do owej świętej obojętności tak usilnie przez nauczycieli życia duchownego zalecanej; pracował, ile mógł, ale skutek prac pozostawiał Bogu.

Śluby czystości i ubóstwa, w ich najrozleglejszym znaczeniu, nie mniej wiernie Herman zachowywał jak posłuszeństwo przełożonym i zdanie się na wolę bożą. Czystość obwarował ostrym umartwieniem. Chciał być panem u siebie i rzeczywiście tak ciało podbił w niewolę, iż objawy trzech pożądliwości już niemal wyniszczył w sobie. Pomimo surowości reguły szukał coraz nowych umartwień, a Bóg tylko zna ich liczbę, gdyż pokora zakonnika kryła je skrzętnie przed okiem ludzkim. Nie mógł jednak zataić pragnienia cierpień; to pragnienie było tak silne, tak gwałtowne, iż upraszał przyjaciół, aby mu wyjednali u Boga łaskę większych krzyżów. „Nic nie znam rozkoszniejszego – pisał – jak cierpieć dla Jezusa. Módl się, abym ani jednej chwili życia nie spędził bez cierpienia, dla chwały, dla służby, dla upodobania bożego"

Bóg mu też cierpienia nie szczędził; twierdzić można, iż od chwili wstąpienia do Karmelu aż do śmierci życie O. Augustyna było ciągłym męczeństwem. Fizycznie cierpiał ustawicznie; w wilie Świąt, a zwłaszcza Świąt Najśw. Panny, te cierpienia się powiększały, jak gdyby Bóg go chciał oczyścić i przygotować do łask, które w owe dni obficiej spływały. Co piątek również bóle ciała się wzmagały, a w Wielki Piątek zdawało się, iż świątobliwy zakonnik istne konanie przechodził. Te fakty są stwierdzone przez świadków wszelkiej wiary i zaufania godnych.

„Niech żyje krzyż ukochanego Jezusa! – pisze do Siostry M. Pauliny – nic lepszego jak cierpieć dla niego! Jezus daje mi nieco kosztować ze swego kielicha goryczy, a wolę to nawet niż słodycze Taboru, których zażywałem przez lat kilka".

A do przyjaciela de Cuers: „Nie umiem ci wyrazić jak się cieszę, że te cierpienia mogę znieść dla miłości Jezusa. Tak mi słodko zdać się zupełnie na wolę Jego, iż zdaje mi się, że gdybym dotykając się jednego włosa z głowy, mógł się uleczyć, nie uczyniłbym tego, póki Jezus chce, abym był chory! Wola Jego rajem moim. zawołam z Marią-Eustellą!"

Trzeba by wszystkie listy jego przytoczyć, aby dać pojęcie o porywach tej duszy dotkniętej szaleństwem krzyża. Co dziwnym wyda się tym, którzy arkanów życia duchownego nigdy nie przeniknęli, to, iż mimo cierpień O. Herman był zawsze wesoły. Nikt bardziej od niego nie ożywiał rekreacji zakonnych, i często trudno by było odgadnąć, ile cierpiał właśnie wtedy, gdy twarz miłym uśmiechem rozweselała się.

Pisał w roku 1855 do siostry: „W chwili, gdy tu z tobą piśmiennie rozmawiam, już późno wieczór, jeden z zakonników przechadza się zwolna po korytarzach, psalmodjując te słowa: „Bracie, w Karmelu cierpi się, ale idzie do nieba, w świecie się weselą, ale idą do piekła!' Ja zaś tak bym powiedział: W Karmelu weselą się i idą do nieba, a w święcie cierpią a idą do piekła! Nic mi tu nie jest ciężkim, tylko po za murami domu życie mi się wydaje nieznośnym!"

Siostra Hermana, która lepiej od innych znała jego życie, mówiła po jego śmierci, iż pomimo wielkiego bólu woli go myślą w niebie szukać, gdyż na ziemi ciągle był przykuty do krzyża, choć mało kto o tym wiedział. Zaznaczmy jeszcze jeden rys charakteru O. Augustyna: nie było człowieka stalszego i serdeczniejszego w przyjaźni jak on. Przyjaźń zawierał tylko z wyższych pobudek, ale gdy raz ją zawarł, nie było poświęcenia, nie było umęczenia którego by nie podjął aby pocieszyć, pomóc, podnieść na duchu tych, których kochał. Rozmowa jego z przyjaciółmi była pełna swobody, wylania, wesołości, a zawsze okraszana myślą wyższą, zwrotem podnioślejszym.

Święci znali podobne uczucia; jeden z nich pisze, iż „przyjaźń jest rzeczą świętą i Bogu miłą i że, im więcej serce jest czyste, i od swego ja oderwane, tym związki przyjaźni są szlachetniejsze i trwalsze".

Pobieżny ten szkic da niejakie pojęcie o kapłanie-zakonniku, którego życie opisujemy. Przypatrzymy się teraz ostatnim miesiącom jego ziemskiej pielgrzymki. Bóg chciał, aby poległ na wolnym polu bitwy, z bronią w ręku jak dobremu żołnierzowi przystoi; zanim jednak wezwał go do tej ostatniej ofiary, zaprowadził go – jak widzieliśmy – na puszczę i tam przemawiaj do serca jego, aby oczyszczony i uświęcony stał się godniejszym położyć życie na ołtarzu całopalenia.

Ofiara już gotowa; O. Augustyn na głos posłuszeństwa staje do czynu, do walki i do zwycięstwa!

 

 

ROZDZIAŁ XIX

Ostatnie prace i śmierć Ojca Augustyna

Zatrzymaliśmy się w opisie życia O. Augustyna na chwili, gdy w maju 1870 r. kapituła prowincjalna ogłosiła go pierwszym definitorem prowincji i mistrzem nowicjatu.

Do Broussey tedy skierował O. Augustyn swe kroki. W miesiąc potem zmarł w Rzymie Jenerał Zakonu O. Dominik, którego widzieliśmy przed trzydziestu laty, zakładającego w Bordeaux pierwszy dom na ziemi francuskiej. Prowincja francuska zapragnęła gorąco posiadać zwłoki swego fundatora, uzyskawszy tedy potrzebne pozwolenia, prowincjał pojechał do Rzymu po ciało zmarłego, a O. Augustyn jako pierwszy definitor, objął zarząd prowincji.

Wówczas to wybuchła wojna prusko-francuska.

Nie tu miejsce opowiadać krwawe zajścia i walki tak bolesne dla zwyciężonej i upokorzonej Francji; klęska po klęsce doprowadziły do Sedanu. (Tu pycha jednostek i pycha narodu ze straszną spotkały się karą, niestety, nie przez wszystkich zrozumianą!).

W dniu 4 września po raz ostatni słońce weszło nad dynastią cesarską Napoleonów; tron runął, a rząd stał się łupem ambicji najpospolitszego gatunku i podłych intryg. Szumowiny społeczeństwa, niczym niepowstrzymane, wyszły na sam wierzch, a skutkiem tego było prześladowanie wszystkiego, co szlachetne, co piękne, co prawdziwie pożyteczne dla kraju. Nienawiść religii znalazła najpierw swój wyraz w prześladowaniu zakonów; ci, których całe życie poświęcone posłudze bliźniego, ci, którzy wychowują z największym zaparciem się przyszłe pokolenia, nadzieję i chlubę kraju, pielęgnują chorych, opatrują wszelkie nędze moralne i fizyczne, roznoszą po wszystkich częściach świata blask i sławę ojczystej ziemi, ci stali się dla rodaków kamieniem obrazy i wyzuci z praw obywatelskich i osobistych stoją por pręgierzem opinii publicznej; w oczach zdrowo myślących wprawdzie otoczeni aureolą niewinności i męczeństwa, ale w oczach większości, w oczach rządu obrzuceni nienawiścią, potwarzą, niemający często tak jak ich Boski Wódz gdzie skłonić głowy.

O. Augustyn, który 20 lat krwawej apostolskiej pracy poświęcił przybranej ojczyźnie, Francji, z takąż miał się spotkać zapłatą. Jako zakonnik, jako cudzoziemiec zwłaszcza, był solą w oku rządu i ściągnął wybuchy rozkiełzanego motłochu na domy swego Zakonu. I tak: klasztor w Agen został napadnięty przez dziką zgraję krzykaczy ulicznych, a klasztor w Lyonie zrabowany, zakonnicy rozpędzeni, niektórzy nawet uwięzieni. Ojciec Augustyn dostał wprawdzie od prefekta miasta Bordeaux pozwolenie pozostania w kraju pomimo, iż wszyscy pruscy poddani byli wydaleni, ale, jak morze wzburzone, tak rosły i szalały namiętne prądy rewolucji i rząd ani mógł, ani zawsze chciał położyć Im tamę. Pozwolenie pana prefekta nie było więc dostateczną gwarancją spokoju dla Karmelitów i O. Augustyn, nie chcąc sprowadzać na Braci zakonnych napaści i zgiełku] ulicznego, prosił przełożonych o uwolnienie z podwójnego urzędu i o pozwolenie wyjazdu za granicę. Pozwolenie otrzymał, ale przed opuszczeniem Francji zapragnął odprawić jeszcze rekolekcje w Świętej Pustyni, ażeby lepiej poznać wolę bożą. Że nie miał w sercu goryczy, o tym najlepiej świadczą następujące wyrazy z listu do rodziny: „Pragnę się oddać Panu Jezusowi i poświęcić na dobrowolną ofiarę ze wszystkim, co mam, aby uprosić koniec tylu nieszczęść. Nie przestaję błogosławić tej ręki, która nas doświadcza, gdyż zarówno ona ojcowska, gdy karze, jak kiedy pieści!'

Rozmyślania i modlitwy w głębokiej samotności Pustyni utwierdziły O. Augustyna w zamiarze opuszczenia Francji. Pożegnał więc te święte mury tak przez niego ukochane, pożegnał na zawsze nieme świadki serdecznych rozmów z Bogiem, zachwytów miłości, tajemnej a surowej pokuty. Opuścił je wzmocniony i gotów do ostatecznego wysiłku w służbie bożej. Po drodze zatrzymał się dni parę w Bagnères, a z Carcassone, gdzie po raz ostatni zagrał w kościele na organach, puścił się w drogę do Szwajcarii. Nie bez niebezpieczeństwa tę podróż odbył. W Grenoble, napadnięty przez pijane krwiożerczą nienawiścią tłumy, które w nim upatrywały szpiega pruskiego, omal nie zginął z morderczych rąk, ale Bóg chowając go na wznioślejszą ofiarę, ofiarę miłości bliźniego, ocalił go z rąk owej dzikiej zgrai. W Genewie biskup Mermillod jak najserdeczniej przyjął dawnego już przyjaciela.

Nad brzegami jeziora Lemańskiego leży wśród gór alpejskich urocze miasteczko Montreux. Oderwane za przykładem większych miast okolicznych od katolicyzmu, żyje w wyznaniu protestanckim i nie posiada ani kościoła, ani kapłana naszej wiary. Tam jednak rokrocznie gromadzi się napływowa ludność chorych ze wszystkich krajów, szukających ulgi w łagodnym i ożywczym górskim klimacie. Polityczne niepokoje we Francji zwiększyły były jeszcze w r. 1870 liczbę gości w Montreux, a kto dbał o Mszę niedzielną i uczęszczanie do Sakramentów, musiał o dobrą godzinę drogi szukać kościoła. Tu więc ks. biskup Mermillod sprowadził O. Augustyna i zaproponował, aby tymczasowo osiadł w charakterze quasi-proboszcza. Gorliwy zakonnik widząc przed sobą nowe pole pracy, chętnie i skwapliwie ją podjął. Biskup z Fryburga, w którego diecezji miasteczko się znajdowało, dał potrzebne upoważnienie, zamieniono pokój na kapliczkę i wnet nasz Ojciec począł odprawiać regularne nabożeństwo, słuchać spowiedzi. mówić kazania i ze zwykłą gorliwością przyciągać dusze do Boga. Na prośbę biskupa, poblisko będącym zakonnicom, daje rekolekcje.

Praca jednak, nie odrywa myśli O. Augustyna od Francji. On tę przybraną ojczyznę więcej kocha od własnej, on tam tyle dusz zostawił, które mu sprawę najważniejszą, bo sprawę zbawienia zawdzięczają!... tam, pod bronią, w forcie pod Bourget stoi jego siostrzeniec syn jego w Chrystusie, Jerzy R., i gotów bronić Paryża, własną pierś nadstawiając, z zapałem młodzieńca, ze spokojem czystego sumienia. Modlitwy Ojca Augustyna obronią go od niebezpieczeństwa, ale bo też ile, i jak gorące te modlitwy!...

W połowie listopada biskup Mermillod przywołał misjonarza z Montreux do Genewy; nowe, szersze otwierało się pole po pracy. Biskup posłyszał o smutnym stanie więźniów francuskich w Prusach, nędza fizyczna rozdzierająca, a nędza i opuszczenie moralne większe jeszcze. Trzebaby im apostoła, ale kto pójdzie? – Rząd pruski odmawiał wstępu do kraju księżom francuskim, i usiłowania zacnego biskupa zostawały daremne. Wówczas pomyślał o Ojcu Hermanie; jako Niemiec rodem, jako popularny kaznodzieja Berlina, znajomy cesarzowej łatwiej niż ktokolwiek dotrze do więźniów zwyciężonego kraju, rozdzielonych po miastach pruskich. Ojciec Augustyn nie odmówił propozycji biskupiej, ale oświadczył, iż musi zasięgnąć zdania przełożonych. Zastępował wówczas prowincjała. Ojciec Marcin, definitor prowincji francuskiej; w imieniu Ojca Jenerała napisał do O. Augustyna, żeby jechał, gdzie Opatrzność boża zdawała się go wzywać.

Dnia 24 listopada, w dzień św. Jana od Krzyża, nasz Ojciec opuszczał Montreux z tymi proroczymi słowy na ustach: „Niemcy będą mym grobem!"

Już od kilku miesięcy miał to przeczucie śmierci. Jeszcze przed wyjazdem ze Św. Pustyni, kiedy przechadzał się z jednym z Ojców, tenże zapytał O. Augustyna, ile jeszcze miejsc próżnych w grobowcu-zakonników?  „Dwa – odrzekł– a z tych jedno dla mnie!" Podobne przeczucie wydało się zupełnie nieuzasadnione owemu Ojcu, ale młodszy towarzysz z siłą zapewniał: „Jestem pewny, czuję, iż mnie Bóg przyprowadził do Świętej Pustyni, abym się na śmierć przygotował. Gdyby Ojciec wiedział, jak od niejakiego czasu Bóg mnie oderwał od wszystkiego!..."

Wyjeżdżając z Montreux pisał: „Puszczam się w drogę pod opieką Jezusa, Maryi, Józefa św. Jakżebym chciał tym biedakom tak opuszczonym zanieść trochę pociechy!... Opatrzność wszystkim tak mądrze pokierowała, iż mój wyjazd z Montreux nie będzie ze szkodą tutejszych katolików, przyjechało bowiem dwóch księży Francuzów.

Przyjechawszy do Berlina, Ojciec Augustyn wniósł prośbę o kapelanię w Spandau, o 14 kilometrów od stolicy, gdzie przebywało 5.300 więźniów francuskich. Pozwolenie zostało mu natychmiast udzielone, a proboszcz miasta Spandau ofiarował Ojcu u siebie mieszkanie.

"Więźniów zastał w najokropniejszej nędzy; aby serca przyciągnąć, zaczął najprzód opatrywać potrzeby fizyczne: z Francji przysyłano odzież i różne środki ratunkowe. O. Augustyn sam je rozdawał, zachęcając przy tym do cierpliwości, do odwagi i ufności. Wkrótce serca się ku niemu zwróciły. Już 12 grudnia pisze: „Więźniowie zaczynają prosić o spowiedź, dziś wieczór ośmiu zapukało w tym celu do mego pokoiku. Widzicie, jak słodki nasz Pan umie wynaleźć dla mnie robotę! może nigdy nie miałem tak szerokiego pola zdobycia dusz Jezusowi jak teraz!"

22 grudnia tak pisze do bratowej o swoich zajęciach i pociechach: „Od 8-ej z rana do nocy mój pokój oblężony przez więźniów, dałem się im i używają tej darowizny w całej pełni! Jeśli nie przychodzą z potrzebami duszy, to z potrzebami ciała, a biedacy wiele cierpią od zimna!... Jednym słowem, oddają mi miłość, jaką ku nim czuję... Dzień w dzień przynajmniej pięćdziesięciu żołnierzy spowiada się i komunikuje".

To zimno, o którym Ojciec wspomina, nie tylko więźniom, ale i jemu bardzo dokuczyło i zapewne nadwyrężyło zdrowie. Nie myślał jednak o sobie, a przynajmniej nie o potrzebach ciała; oto jak podpisywał jeden list z dnia 31 grudnia:

„Kochajmy Jezusa co dzień więcej.

W Jezusie, Maryi i Józefie

wasz brat Augustyn,

nędzny grzesznik, któryby się chciał nawrócić w nowo rozpoczynającym się roku. Amen".

Przytoczmy teraz list naocznego świadka o tych ostatnich pracach miłości i gorliwości naszego apostoła:

"O. Augustyn miał sobie powierzoną pieczę duchowną blisko sześciu tysięcy dusz. Ponieważ kościół nie mógł objąć wszystkich naraz, prowadzono co dzień do świątyni kompanię 500 żołnierzy. Ojciec z rana miewał kazanie, potem spowiadał, a te długie posiedzenia w kościele niezmiernie zimnym bardzo siły jego nadwątlały. Czas, którym mógł jeszcze rozporządzać w ciągu dnia, spędzał w szpitalu, gdzie mnóstwo było chorych, mianowicie na ospę. Jemu także polecono rozdawanie jałmużn i odzieży przysyłanej z kraju, a wypełniał, ten obowiązek z największą gorliwością. Nie miał ani chwili dla siebie.

"O. Augustyn doświadczył w czasie swego pobytu w Spandau najżyczliwszej pomocy ze strony generała komenderującego, Prusaka nawróconego z protestantyzmu. Ten zacny człowiek miał prawdziwe uwielbienie i zupełne zaufanie w kapłanie tak gorliwie oddanym dobru bliźnich i, ile mógł, ułatwiał mu jego zadanie. Niestety, nie o wszystkich komendantach można to samo

powiedzieć.

„W niedzielę 8 stycznia, spotkałem O. Augustyna w Berlinie,[27] dokąd przyjechał po różne zakupy dla więźniów, blisko 2.000 franków był wydał na ciepłe ubrania, flanele, bieliznę i t. p. Mówiłem z nim dosyć długo, wspomniał, iż cierpi bardzo na gardło od kilku dni i że się czuje tak przemęczonym, iż bez krótkiego wypoczynku nie byłby w stanie dalej twardej pracy się poświęcać. Znalazłem go bardzo zmienionym i styranym, przy tym zauważyłem czarną krostę na ręku, którą przypisałem zarazie szpitalnej. Wieczorem poszedłem z kilkoma księżmi odwiedzić go na probostwie przy kościele św. Jadwigi, gdzie stawał będąc w Berlinie. Podczas gdy rozmawiał, przypatrywałem się uważnie jego czcigodnej postaci, a z tego badania, wynikło przekonanie nieomylne, iż dobiegł już do końca ziemskiej pielgrzymki. Twarz jego była blada, ale pogodna, wzrok zmęczony, ale pełen swobodnej wesołości; nad czołem, zdawało mi się, iż widzę przedświt świetlanej aureoli. Mogę przyrównać wrażenie, jakiego wówczas doznałem, do myśli człowieka przypatrującego się pięknemu zachodowi słońca, po jasnym i pogodnym dniu – za chwilkę słońce zniknie, więc z natężeniem patrzy się na ostatnie blaski, aby nic z cudownego widoku nie utracić...

„W piątek, dnia 13 Stycznia, zajechał po mnie p. Albert Cohen, aby mnie zawieźć do Spandau, gdyż dostał był wiadomość, iż O. Herman leżał chory. Gdyśmy weszli do jego pokoju, zawołał: „Mój drogi Ojcze, bardzo mi ciebie potrzeba, dostałem ospy, proszę cię, abyś mnie zastępował przez czas mojej choroby, gdyż mogę leżeć trzy do czterech tygodni, a szkoda przerywać rozpoczętą pracę... Zresztą, może mnie Pan Bóg zabierze, a wówczas będziesz moim następcą'.

„Ach Ojcze! – odrzekłem – mam mocną nadzieję, że cię Pan Bóg zostawi dla dobra dusz!"

„O. Herman pochwycił wówczas krucyfiks przy nim leżący i, wpatrując się weń, rzekł spokojnie: „A ja mam nadzieję, że tym razem już mnie Bóg weźmie!"

„Wzruszył mnie głęboko spokój, swoboda i ufność, z jaką te słowa wymówił.

„Przez większą część dnia biegałem za pozwoleniem zastępowania Ojca w czasie jego choroby. Nie mogłem powrócić do Spandau jak 17 i znalazłem wielkie postępki w chorobie. Chwilami przychodziła maligna, zdawało się Ojcu, iż przemawia do swych kochanych żołnierzy, do których z tak daleka przyjechał. Tego dnia rozdawano im ubrania i pomoc; pewien oficer francuski zastępował O. Hermana. W pokoju chorego słychać było głos komendy i objawy radości więźniów. Ten hałas tak podziałał na Ojca, iż maligna silnie się wzmogła i trzeba było pozamykać wszystkie drzwi i okna na probostwie. Szukałem tego dnia mieszkania w Spandau; nie tam jednak miałem pracować, gdyż powróciwszy wieczorem do Berlina, zastałem nominację na kapelanię w Rendsburgu".

Dodajmy inne szczegóły do tego opowiadania. O. Augustyn położył się, aby już więcej nie powstać dnia 9 stycznia. Zaraził się był ospą, opatrując św. Sakramentami dwóch żołnierzy tą chorobą dotkniętych, jad przyjął się za pomocą zadraśnięcia na ręce. 15 Stycznia stan już był tak groźny, iż proboszcz, u którego mieszkał O. Herman, dał mu Oleje św. Wszystkich obecnych rozrzewnił i zbudował widok chorego w tej chwili; odnowił śluby swoje, odśpiewał pomimo wielkiego osłabienia Te Deum, Magnificat, Salve regina i De profundis, po czym oczy ciągle trzymał zwrócone w stronę kościoła, jednocząc się z Jezusem tam rzeczywiście obecnym.

Gdy weszli jego dwaj bracia, wyraził im życzenie, aby być pochowanym pod kościołem św. Jadwigi.

W nocy 10 stan chorego znacznie się pogorszył; szarytka, która go pielęgnowała, zapytała go, czy chce, aby mu zawołano spowiednika. „A więc ja umieram! – odrzekł – Niechaj się spełni najświętsza wola boża!... Gdybym żył dłużej, widziałbym jeszcze wiele smutnych rzeczy, ale byłbym chętnie jeszcze pracował, aby dusze przyciągnąć do Jezusa!"

Wyspowiadał się, dał niektóre zlecenia tyczące się kochanych jego więźniów, wspomniał o sumie pieniężnej, która się po nim należała klasztorowi Świętej Pustyni, potem wszedł w głębokie skupienie i gotował się do przyjęcia Komunii św., przyniesionej mu tego dnia po raz ostatni w życiu, o 9 wieczorem. Po przyjęciu swego Umiłowanego pozostał długo zatopiony w dziękczynieniu. Czuwali przy nim szarytka i braciszek jezuicki. Koło 11 godziny poprosili go, aby im pobłogosławił. „I owszem, moje dzieci" – odrzekł, ale chcąc to uczynić uroczyściej, podniósł się na łóżku. Wówczas rękę wzniósłszy, wolno, z przejęciem odmówił formułę błogosławieństwa, po czym opadł na posłanie zmęczony tym wysiłkiem i zawołał:

„A teraz, o Boże mój! Oddaję ducha mego w ręce Twoje!"

To były jego ostatnie słowa. Resztę nocy spędził spokojnie bez żadnego ruchu, tylko słaby i cichy oddech dowodził, iż życie jeszcze nie uleciało. Na drugi dzień koło 10 z rana, chory nieco się poruszył, i w parę minut potem już nie żył; zasnął cicho, słodko, i dusza pzreszła na łono Boga, którego nie pzrestała miłować od chwili, gdy go poznała.

Bracia O. Hermana, pospiesznie uwiadomieni, za późno przybyli. Choroba tak szybkie czyniła postępy, iż wszelkie przewidzenia omylone zostały. O. Augustyn był przede wszystkim zakonnikiem; Opatrzność tak zrządziła, iż przy łożu jego śmierci były tylko dusze Bogu poświęcone.[28]

Nie bez trudności wystarano się o pozwolenie pochowania zwłok jego w podziemiach kościoła św. Jadwigi, wedle życzenia zmarłego, gdyż choroba jego była zakaźna, jednak pozwolenie to udzielone zostało, i tam leży pod tym sklepieniem, gdzie tyle razy głos jego się rozlegał potężny miłością i żarliwością, dla ratowania, oświecania i pociechy braci w Chrystusie.

Znakomity publicysta francuski, Ludwik Veuillot, w tych słowach donosił w dzienniku l'Univers o śmierci Hermana:

„Dnia 20 Stycznia zmarł nasz dawny i nieoceniony przyjaciel, O. Augustyn od Najśw. Sakramentu, karmelita bosy. Nawrócony z judaizmu, bez zatrzymania się na nowej drodze, został zakonnikiem i kapłanem. Świat, w którym zasłynął jako znakomity muzyk, nazywał go O. Hermanem.

„Był dobrym i świętym zakonnikiem; surowość reguły, którą wiernie chował, nie odjęła mu osobliwego uroku. W ostrym habicie, bosą stopą, przebiegał kraj nasz każąc, kwestując, zakładając klasztory, posłuszny w swej gorliwości, pokorny w powodzeniu.

„Zmarł w Spandau na usłudze więźniów francuskich; poświęcał się im bez granic, ale śmiercią przypłacił poświęcenie. Nie chciał innego wypoczynku jak ten spoczynek śmierci, którego Pan udzielił świętym pragnieniom sługi swego.

„Będąc, czym był za łaską bożą, tak a nie inaczej Herman powinien był umrzeć!"

 

 

 

 

 

DODATEK

Wiązanka rad duchownych wyjętych z listów Ojca Hermana

Umartwiaj często miłość własną, a częściej jeszcze wolę własną, jeśli chcesz dojść do zjednoczenia z Bogiem.

*

*                 *

Pokój jest darem Ducha św., który się utrzymuje przez wierność modlitwie i rozmyślaniu, a także przez gorące a dłuższe dziękczynienia po Komunii św.

*

*                 *

W rozmowach miej zawsze na celu przyciąganie dusz do Boga, do służby i miłości Jego.

*

*                 *

Służmy Jezusowi dla Niego samego, powiedzmy sobie, iż dobrze nam jest być pozbawionym wszelkiej radości na tej ziemi, być upokorzonym, doświadczonym, i bądźmy przekonani, iż Jezus daje nam daleko więcej niż na to zasługujemy. Trzeba kochać Jezusa ukrzyżowanego, krzyż Jezusa. Tabor znajdziemy w niebie!

*

*                 *

Co do bywania w świecie, jeśli bywasz z konieczności, z posłuszeństwa, przeciw twemu pociągowi, to, powtarzam ci, nie zaszkodzisz sobie. Ale jeśli się znajdzie jaki słuszny powód, aby odmówić sobie przyjemności światowej, korzystaj z tego.

Korzystaj w ogóle ze wszystkich sposobności, aby spełnić wolę bożą, zwłaszcza jeśli one krzyżują twoją wolę. Nic lepiej nas nie prowadzi do zjednoczenia z Bogiem, jak zwycięstwo nad własną wolą, własnym upodobaniem! to ma dojść więcej niż do rezygnacji, ale i do radości świętej, iż wola boża nad nami panuje. Takie uczucia będą ci bardzo pomocne do postępu, co dzień znajdziesz jakąś ofiarę do złożenia, a ofiara niech będzie wewnętrzna. W takim całopaleniu jesteśmy zarazem kapłanem, ołtarzem i ofiarą. Jakże to rzeczą piękną, wzniosłą i chwalebną! Ale do tego dojść inaczej nie można jak przez nieustanną walkę. To niemałą jest zasługą wobec P. Jezusa, tym bardziej, że nie my zwykle wybieramy broń i pole walki, ale Opatrzność tym kieruje aby wypróbować stopień naszej miłości i dobrej woli.

*

*                 *

Nie niepokój się twą żywą miłością ku rodzinie, byłeś te uczucia czystą intencją podniosła do godności uczuć nadnaturalnych i niewzruszenie poddała je rozporządzeniom bożym. Miłość Jezusa uświęca wszystkie przywiązania, które nie są przeciwne prawu bożemu; nie tylko religia nie wysusza serca, ale powinna nam dać więcej serca ku tym, których kochamy w porządku bożym.

*

*                 *

Co do dziękczynienia po Komunii św. odprawiaj je przez kwadrans i zachowaj się w spokoju, zjednoczona z naszym słodkim Jezusem, nie siląc się na wielką liczbę aktów. Jedno słowo wystarcza: Miłość!

*

*                 *

Niczego nie szczędź, aby zachować przedziwny pokój Jezusowy w duszy. Dobry na to sposób, aby myśleć mało o sobie, a wiele o Panu Jezusie. Gdy dusza odda się całkiem Zbawicielowi, rozważaniu Jego doskonałości i piękności, wówczas on ją prowadzi w osobliwy sposób i daje ten spokój, który za jego rozkazem zapanował na morzu Tyberiadzkim, gdy Piotr szedł po falach.

*

*                 *

Staraj się, zwłaszcza w czasie postu, mieć godziny samotności, ciszy, skupienia z Jezusem samym na puszczy przebywającym, służ Mu z Aniołami, pracuj dla Niego, tak jak św. Józef pracował dla Niego w Nazarecie, a używaj świata jakoby nie używając; ile razy musisz się z Nim zetknąć, staraj się przejść między ludźmi bez zwracania niczyjej uwagi, nieznana, niezauważona...

*

*                 *

Ile razy będziesz czuła oburzenie na widok złego, hamuj to uczucie aktem nadnaturalnym litości nad błądzącym; grzech zasługuje na naszą nienawiść, ale grzesznik tylko na naszą litość; niech więc miłosierdzie miarkuje oburzenie!

*

*                 *

Jedno z poruszeń najzwyklejszych naszej nędznej natury, dowodzące braku pokory, jest pragnienie, aby nas pożałowano, ile razy coś nam ucierpieć przyjdzie; święci skrzętnie zaś przed ludźmi ukrywali swoje cierpienia, aby Jezus tylko je widział i przyjął ofiarę w całości.

Polecam ci usilnie, byś, ile razy spostrzeżesz w sobie jakąś niedoskonałość, jakąś słabość natury, upokorzyła się szczerze, i to w szczególności za tę winę, lub słabość, przed naszym drogim Zbawcą.

*

*                 *

Aby się nauczyć pokory, trzeba się porównywać nie do ludzi, ale do Boskiego wzoru naszego, do Jezusa. Jezus jest Bogiem i człowiekiem; musimy stać się mu podobnymi, jeśli chcemy podobać się Ojcu niebieskiemu. Porównaj twoją pokorę z pokorą Jezusa, Maryi, św. Józefa, a wówczas będziesz w dobrej szkole.

*

*                 *

Pan Jezus nie zawsze daje słyszeć duszy swój słodki głos, a czyni to z dwóch przyczyn: najprzód lubi, aby go szukać, i nic nie zna milszego jak pragnienia duszy miłującej, która jak Magdalena pyta ziemi i nieba: gdzie jest mój Pan? Jak jeleń spragniony źródła żywej wody, tak dusza powinna tęsknić za jedynym Dobrem swoim. Po wtóre: ukrywaniem się uczy nas Pan. Jezus pokory. Gdybyśmy ciągle czuli żywo Jego obecność, gdyby nam zawsze modlitwa pociechy przynosiła, w końcu mielibyśmy siebie za coś, gdy tymczasem jesteśmy popiołem i prochem, gorzej... bo grzesznikami! O jakże dobrym jest Pan, iż nas nie odpycha, ale znosi nas pomimo nędzy naszej, niestałości i niedbalstwa w służbie Jego!...

Powinnaś dążyć do ustalenia pokoju w twej duszy, unikać wszystkiego, co cię miesza i trwoży. Proś Jezusa, aby uciszył burze i wichry na dnie twego serca. Świat nie umie dać pokoju. Jezus, Baranek boży na to przyszedł, aby nam pokoju udzielić; jednakże w niebie dopiero będzie on doskonały. Tu jesteśmy tylko przechodnie i powinniśmy ciągle wzdychać za tym błogim odpoczynkiem na łonie Boga w wieczności. Przyjdzie czas, gdy, jak mówi psalmista; zaśniemy i odpoczniemy w Tym, który sam jest Pokojem wiecznym.

*

*                 *

Kłopoty materialne nie powinny cię nigdy odrywać od Boga, owszem, do Niego właśnie masz się uciekać, aby ci w nich dopomógł, i w tym jak we wszystkim to jedno mieć na myśli, by P. Jezus był kontent.

Roztropność wskaże ci, kiedy masz ustąpić ze swego regulaminu, dla miłości bliźniego. Jednakże jestem zdania, że czasem potrzeba, aby inne rzeczy ustąpiły regulaminowi. Trzeba, aby świat zrozumiał, że Bóg ma prawa nad nami, a niestety, dziś nawet ludzie pobożni zbyt często robią ustępstwa światu, modzie, zwyczajom, kładąc prawo boże na drugi plan. Więc uważaj, kiedy możesz bez szkody dla duszy opuścić coś z przepisanych praktyk pobożnych, a kiedy owszem masz żądać, aby ci zostawiono wolność oddania Bogu, co Mu się należy.

Nie bój się uwag krytyki. Żebyśmy zawsze mieli myśleć o tym, jak dogodzić ludziom, nie bylibyśmy – jak mówi św. Paweł – sługami bożymi. Pokaż pewną stanowczość, aby się nie dać porwać przez zgubny prąd ustępstw i lekceważenia Boga.

*

*                 *

Nie trać z pamięci, Com ci mówił o pierwszych poruszeniach duszy. Te pierwsze poruszenia pochodzą bądź od naszych skłonności naturalnych, bądź od złego ducha, albo też od łaski bożej; w żadnym razie nie są ani winą, ani zasługą, póki zastanowienie i wola nasza nie dadzą przyzwolenia lub oporu.

*

*                 *

Pismo św. mówi o Panu Jezusie: „Jestem robak a nie człowiek..." Chciał więc upokorzyć się, wyniszczyć, uchodzić za ostatniego z ludzi, i my nie będziemy mieć udziału z Nim, inaczej jak przez pokorę, a więcej jeszcze przez upokorzenie, gdyż to łącznik, przez który stajemy się braćmi Jego. Jak tylko przestajemy starać się o upokorzenie własne, natychmiast przestajemy być w zjednoczeniu z Jezusem Chrystusem,.. i przestrzeń olbrzymia dzieli nas od niego. Nie możesz inaczej postępować naprzód jak tą drogą: wzgardzenie sobą, nienawiść siebie i ciągła obawa, aby nie znaleźć w sobie jakiegoś ukrytego upodobania, gdyż to ogromnie duszy szkodzi.

Niech Jezus będzie błogosławiony i kochany od wszystkich!

[Część 1]   [Część 2]   [Część 3]

[Góra]

 

 

 

 

Przypisy:

[22] List do pani A. Cohen z d. 17 sierpnia 1862 r. Wkrótce potem brat O. Augustyna p. Albert Cohen przybył do Londynu, odebrał Sakrament Bierzmowania z rąk kardynała Wisemanna, a przy wyjeździe zostawił bratu znaczną sumę na budowę kościoła.

[23] O bytności O Hermana w Poznaniu nie ma dłuższej wzmianki w opisie jego życia; ale od osób, które go wówczas w Poznaniu widziały, zebraliśmy następujące szczegóły: O. Herman zamieszkał w pałacu arcybiskupim, X. kardynał Ledóchowski, wówczas arcybiskup gnieźn. i pozn., który go u siebie podejmował, zbudowany był swym gościem i kilkakrotnie po jego wyjeździe powtarzał „Cóż to za doskonały zakonnik" Chciał go słyszeć grającego i zaprowadził na kanonię, gdzie był fortepian, ale O. Herman wymówił się, mówiąc, iż już grywa tylko w swoich klasztorach z posłuszeństwa.
Z Karmelitankami miał oczywiście najwięcej stosunków i bądź po naukach, bądź po rozmowach duchownych, zostawiał zawsze podniosłe wrażenie świętości i wyrobienia wewnętrznego. Zakonnice Serca Jezusowego, posłyszawszy o pobycie O. Hermana, zaprosiły go także do siebie; przemawiał do panienek gotujących się do pierwszej Komunii, a obecni twierdzili, iż rzadko komu uda się tak do serca trafić; zwiedzał także pensjonat, a rozmową ujmującą i pełną prostoty tak dziewczątka sobie zjednał, iż długo, długo wspominały O. Hermana. Miał powrócić do Poznania w r. 1871, gdyby śmierć zbyt wcześnie nie była przerwała pasma jego dni. (Przypisek tłumacza).

[24] Jak nigdy nie spowszedniały mu czynności odnoszące się do czci Najśw. Sakramentu dowodzi małe zdarzenie, którego był świadkiem dawny nowicjusz Hermana, zakonnik Karmelu, obecnie w Czerny przebywający. Gdy w r. 1870 O. Augustyn był mistrzem nowicjatu, w wilię Bożego Ciała przeor z Broussey wszedł w czasie rekreacji i oznajmił mu, iż nazajutrz będzie niósł Przenajśw. Sakrament w czasie procesji. Słysząc to, zawołał pobożny zakonnik: „O Jezu! jakiż to zaszczyt, a jakem tego niegodny!" I padł twarzą na ziemię, oddając już z daleka hołd Bogu utajonemu, którego miał nieść w swych rękach. (Przypisek tłumacza).

[25] Wiemy od naocznych świadków, iż gdy O. Herman trzymał Najśw. Sakrament, twarz jego zdawała się promienieć, a oczy, rzekłbyś, widziały bez zasłony Boga już nie zakrytego.
(Przypisek tłumacza).

[26] List pisany z Tarasteks z 5 grudnia 1869 r.

[27] List ten pisany przez O. de la Billerie, kapucyna, do siostry O. Augustyna pani R.

[28] Osoba znająca O. Hermana jeszcze młodym zakonnikiem, opowiadała, iż gdy raz była przy nim mowa o śmierci i gdy każdy wyrażał to lub owo życzenie, on zawołał: „A ja bym chciał umierać otoczony mymi braćmi zakonnymi, łączyć się z ich modlitwą i nie stracić ani jednej ceremonii kościelnej, ani jednej kropli wody święconej!" Niestety, co do pierwszego życzenia, Bóg odmówił słudze swemu tej pociechy.        (Przypisek tłumacza)

 

Powiększ napisy:

 
Joomla 1.5 Templates by Joomlashack